Bomba Atomowa a Panregiony - Iran a sprawa Polska
O co w tym moim zdaniem chodzi, wiem, ze to nic odkryweczego, ale dla
mnie i owszem, a wiec:

Posiadanie broni A praktycznie w stopniu calkowitym zabezpiecza panstwo
przed agresja. Otwiera takze nowe mozliwosci nacisku na inne panstwa,
zwlaszcza te, ktore broni atomowej nie posiadaja.

Jak to sie ma do Iranu w kontekscie planow Amerykansko-Izraelskich? Ma
sie wyjatkowo znakomicie - jezeli Iran wejdzie w posiadanie broni
atomowej, Izrael moze sobie zapomniec o swoim "poslannictwie od bozka z
racicami" - Wielkim Izraelu od rzeki do rzeki, rzadzacym calym swiatem.

Poparcie Chin dla iranskiego planu rozwoju  e n e r g e t y k i  
atomowej na kilometr smierdzi mi kacapem. Po to jest ten caly Pakistan i
Indie? - zeby Kacapow i Europe sprowadzic do roli wasala USA i temu
Chiny zamierzaja przeciwdzialac. Chiny mialy od zawsze dobre stosunki z
Rosja, wiec wydaje mi sie to prawdpodobne. Nie chce tego rozwijac dalej,
bo byc moze sa polglowki wrogie Polsce, ktore tego nie rozumieja, a nie
zamierzam wyreczac i zastepowac kanalu przeplywu instrukcji z
Waszyngtonu, takze na tym skoncze.

Powtarzam tylko po raz kolejny - wladza syjonistow amerykanskich jest

_ _ _ i l u z o r y c z n a _ _ _

Niech kazdy zda sobie z tego wreszcie sprawe. Prezenie muskulow za
pomoca podleglych im telewizji, tak jak to mielismy okazje obserwowac
dzisiaj za posrednictwem TVP, ze niby to "amerykanie jednoczesnie z
Falluja przygotowuja szturm na drugi osrodek oporu partyzantow
irackich" (wylecialo mi to miastko na R) nie jest warte funta klakow.
Syjonisci sa slabi, ledwo trzymaja w ryzach wlasnych zywicieli -
Amerykanow - powodem oczywiscie ich utopijne idee demokratyczne, przy
ktorych nawet wladza w takim systemie prezydenckim jak Francja urasta do
rangi autorytarnej, chociaz Francja z zasady jest rozdrobniona, w ogole
nie scentralizowana.

Mowi sie o kolosie na glinianych nogach patrzac w kierunku Rosji....mili
panstwo....prawdziwy kolos na glinianych nogach, a wlasciwie ludek z
kasztanow na zapalkach, to Ameryka, niezdolna do zadnej agresji, a
pretendujaca do roli swiatowego mocarstwa...dobre sobie.

Drugi papierowy rezim - Das Reich. "Niemieccy" spolegliwi notable ledwo
trzymaja w ryzach brutalne, agresywne, 80 mln. spoleczenstwo. Niemcy to
nie przelewki, w dodatku nie sa glupi - to dopiero polaczenie. Rzadzic
Niemcami nie da sie tak latwo jak Polska - nam wymordowano elity, ucieto
glowe narodu na miejsce ktorej zaszczepiono to pejsate cos, co udaje, ze
jest polska elita...

Takze polecam mala refleksje nad realna sila triady Ferma-Diabelska
Wyspa-Jawni Autowybrani...

jest to smieszne. po prostu smieszne i zalosne.

Jednakowoz - nie jest to nasza sprawa. Moim zdaniem naszym glownym
obecnie zadaniem jest rozwiazanie trzech problemow:

1. wycofanie wojsk z Iraku i reforma naszej polityki zagranicznej na
linii Waszyngton - Warszawa. Koniecznie rozpedzic w pizdu caly ten ...
MSZ, wyreformowac panstwo, poki je jeszcze mamy

2. Zablokowanie ewentualnych roszczen niemieckich dotyczacych Prus,
ktore sa moim zdaniem pewne i ktore nas zniszcza jezeli nie podejmiemy
stosownych dzialan.

3. Znormalizowanie polityki zagranicznej i kontaktow z Rosja - twardo!
Poki jeszcze nie mamy dwoch wrogow - Niemiec i Rosji - to twardo
pociskac z Rosja. Bo to, ze w najblizszej przyszlosci bedziemy miec
dwoch jawnych wrogow - Niemcy i Rosje jest pewne jak amen w pacierzu.

4. Bardzo wazne moim zdaniem - zbudowac silna i nowoczesna, w pelni
zawodowa armie, z jakims rozsadnym systemem szkolenia rezerw i OT, to
bardzo wazne, przynajmniej tak mi sie wydaje. Kupowanie rakiet Spike od
Zydow, ktore chyba byly obliczone na przebijanie palestynskich jeepow
jest zwyczajnym dzialaniem na szkode naszego panstwa, zreszta takich
dzialan jest masa. Armia Polska musi byc silna i stac nas na to, caly
ten paraliz gospodarczy panstwa jest taka sama iluzja jak paraliz Rep
Weimarskiej...

ufff...

Moim zdaniem stoimy w przelomowym momencie naszej historii, ktory
zadecyduje o naszej panstwowosci na blizej nieokreslony czas, na tak
dlugi okres, ze nawet nie sposob go prognozowac. Jestem przekonamny, ze
kierunek mula trojanskiego Europy doprowadzi nas do katastrofy - sojusz
ten jest powodowany bowiem nie zadna rozsadna kalkulacja ale zdalnym
patriotyzmem, misyjna tesknota i - przede wszystkim - tchorzostwem elit.
Elitki, ktore obecnie rzadza Polska, czuja sie komfortowo jedynie pod
skrzydlami tzw. Wielkie Ameryki - Boze ty to widzisz nie grzmiesz....
Sojusz z USA jest najbardziej papierowym sojuszem w historii
Rzeczpospolitej, jest powodowany wylacznie wymienionymi juz wyzej
cechami i zwykla, krotkowzroczna pazernoscia. Tymczasem nasi odwieczni
kochani sasiedzi nie sa krotkowzroczni, nie sa tchorzliwi, na pewno nie
sa glupi.

Dobra, przepraszam za emocjonalny charakter posta, ale sprawa mnie do
glebi porusza. Ciekaw jestem co sadzicie w kwestii broni A i
Panregionow.  

A.


     

  Subiektywna Biblia ?

   Czytajac Biblię widzimy, że pewne zachowania, dzis oceniane negatywnie
zarówno na płaszczyznie społecznej, jak i religijnej, w owym czasie
zyskiwały jesli nie poparcie, to akceptację. (...) Ortodoksyjni
wierzacy zawołaja: oczywiscie ! Stad tez dzis mamy fundamentalnych
lefebrystów uznajacych demokrację za dzieło szatana i ze łzami
wspominajacych cudowne lata rzadów królów i ksiażat. (...)
   Mamy podobny przykład niewolnictwa: nie ma w Pismie sprzeciwu w
stosunku
do tej negatywnie dzis ocenianej formy wyzysku ludzi. (...)
   Moje zdanie jest następujace:  Słowo Biblii nie może być traktowane w
jednakowych kategoriach interpretacyjnych, albowiem upływ czasu i rozwój
techniki, jak i przewartosciowanie się pewnych pojęć moralnych sa obecnie
wyznacznikami "dobrego". (...)



Witam !

Mysle, ze to o czym piszesz wynika z pomieszania dwoch rzeczy: dzialki Bozej
i dzialki ludzkiej.

Zauwaz, ze Bog uczynil czlowieka wspoltworca swiata. Stworzyl ziemie, niebo,
czlowieka itd, poczym dal czlowiekowi te ziemie we wladanie. Dzielem
czlowieka jest cywilizacja, razem z jej kultura, prawodawstwem i polityka.
Bog okreslil pewne zasady (niczym reguly gry), lecz czyniac nas partnerami w
dziele stworzenia, dal jednoczesnie wolna reke w tych dziedzinach, ktore
naleza do nas. Smiem twierdzic, ze Bog nie wtraca sie w to nasze tworzenie.
(Łk 12:13-14:  "Wtedy ktos z tlumu rzekl do Niego: Nauczycielu, powiedz
mojemu bratu, zeby się podzielil ze mna spadkiem. Lecz On mu odpowiedział:
Czlowieku, ktoz Mie ustanowil sedzia albo rozjemca nad wami?")

Taka ludzka dziedzina jest chociazby ustroj. Wraz z rozwojem naszej
umyslowosci i etyki (ktora w pewej mierze tez jest sprawa ludzka), wymyslamy
coraz to lepsze formy ustroju. Jest to rodzaj ewolucji, zas ewolucja
charakteryzuje proces tworzenia - i w odniesieniu do natury (dzielo Boga) i
w odniesieniu do cywilizacji (dzielo czlowieka).

Ustroj jest forma poukladania sie miedzy soba i Bog w to poukladanie nie
ingeruje (patrz wyzej: Lk 12:13-14). Dla Niego liczy sie to, bysmy w swoim
tworzeniu przestrzegali Jego regul, a regul tych mozna przestrzegac w
dowolnym z systemow spolecznych. Inna sprawa jest to, ze systemy te w roznym
stopniu sprzyjaja tym regulom. Mimo wszystko - mozna sobie wyobrazic np.
idealna monarchie, w ktorej krol jest sluga swoich poddanych, w ktorej
istnieje nawet i niewolnictwo, lecz niewolnicy sa traktowani godnie, a pan
dba o ich interesy i otacza opieka. Ze to utopia ? No coz ... Gdyby swiat
skladal sie wylacznie ze szlachetnych ludzi, bylaby to utopia rownie realna
jak np. utopia komunizmu, czy kapitalizmu nie nastawionego na pomnazanie
wlasnych zyskow, lecz dobro wspolne.

Inna ludzka 'dzialka' jest kultura. Jezus urodzil sie w okreslonej kulturze
i nie ingerowal w jej zasady. Podejrzewam, ze gdyby np. pochodzil ze
spoleczenstwa poligamistycznego, akceptowalby poligamie. Przykazanie "nie
cudzoloz" oraz zakaz oddalania swojej zony moze przeciez w rownej mierze
odnosic sie do zwiazkow monogamicznych jak i poligamicznych. Jesli mezczyzne
stac na to, by otoczyc opieka i prawdziwa miloscia kilka kobiet, oraz
zapewnic dobry dom wszystkim swoim dzieciom, to wiazac sie z tymi kobietami
nierozerwalnym wezlem malzenskim i bedac im wiernym, zyłby
najprawdopodobniej w zgodzie z Bozymi regulami. (Co nie kloci sie z tym, ze
monogamie mozna uznac za wyzszy stopien rozwoju kultury, podobnie jak np.
demokracje za ustroj lepszy od feudalnego.)
Ludzie Starego Testamentu zyjacy w poligamistycznych zwiazkach nie grzeszyli
z tego tytulu. Czy nie nalezaloby akceptowac poligamii wsrod ludzi, ktorzy
nawracaja sie na chrzescijanstwo, lecz pochodza z kultur wielozennych ?

Mysle, ze narzucanie osobom nawracanym chrzescijanskiej kultury, jest
podstawowym bledem "nawracaczy". Jezus nie nakazal przeciez wykorzeniac
ludzi z ich kulturalnego dziedzictwa (kultura jest niczym drugi genotyp !),
lecz glosic im "dobra nowine". (Jak juz wspomnialam w innym poscie, Pawel
uznal, ze poganie nawracajacy sie na chrzescijanstwo, nie sa zobowiazani do
przyjmowania judaizmu, a co za tym idzie - zydowskiej kultury)

Prawodawstwo. To tez nasza dzialka, majaca nam jakos usprawnic wspolzycie na
ziemi. Bledem jest mieszanie prawodawstwa z prawem Bozym. Jesli tak wielu
ludzi nie potrafi sie pogodzic z zakazem aborcji w pewnych szczegolnych
przypadkach, to nie widze powodow dla ktorych prawo mialoby ja bezwzglednie
zakazac. Gdyby byc konsekwentnym, nalezaloby tez karac niewiernych mezow i
zony, bo przeciez cudzolostwo jest takze zlem.
Gdyby Bog chcial za wszelka cene takie czyny wykluczyc, stworzylby nas
niezdolnych do zla. Bledem jest strzezenie ludzkiej moralnosci takimi
metodami. Prawo ma sluzyc temu, bysmy sie wzajemnie nie pozabijali i bysmy
mogli sie czuc bezpiecznie, a nie temu, bysmy nie nagrzeszyli. Za grzechy
odpowiadac bedziemy przed Bogiem.

Oczywiscie chrzescijanin, ktory tworzy prawo, musi miec na uwadze Boze
reguly. Znaczy to tyle, ze prawodawstwo nie moze ich naruszac - nie moze np.
zabijac (kara smierci), czy tez krasc (przez nieuczciwe zawlaszczanie dobr).

----------------
Wracajac do watku (sorry, ze tak sie rozpisalam), to o czym piszesz wynika w
pewnej mierze z pomieszania tych dwoch porzadkow. To, co dotyczy kultury czy
ustroju, jest w Biblii tylko tlem, zwiazanym z okreslonymi warunkami zycia
owczesnych ludzi. Biblia pokazuje jak realizowac Boze reguly w tych
warunkach (choc trzeba pamietac, ze nie pokazuje wylacznie "lukrowanego"
swiata - bohaterzy Biblii takze grzesza).

Warunki sie zmieniaja (one sa sprawa ludzka) i trzeba je umiec oddzielic od
faktycznego przeslania Biblii - od Bozego Slowa, kierowanego do nas. Bog nie
ingeruje w nasze dzielo tworzenia cywilizacji, lecz przekazuje wytyczne
dotyczace zbawienia - wytyczne, ktore mozna realizowac w _kazdych_ warunkach
(w feudalizmie, w malzenstwie poligamicznym, czy tez niezaleznie od
liberalnego prawa).

(Inna sprawa jest to, ze nie w calosci "Slowo Boze" jest faktycznie Boze.
Tak mi sie wydaje, sadzac chociazby po wspomnianym Syrachu.)

Pozdrawiam
Gosia


  Pieniądze.
Pod poniższym linkiem znajdziecie duzo pomysłów na inne niz lichwiarskie wykorzystywanie pieniedzy ... Myśl stwarza

Richard C. Cook

Reforma monetarna
-
czyli jak narodowy system pieniężny powinien działać
SKĄD SIĘ BIORĄ PIENIĄDZE

http://www.barter.org.pl/cook.php

Kiedy tylko zabieramy się za studiowanie zasad rządzących pieniądzem, rychło orientujemy się, jak mało wiemy na temat prawdziwych zdarzeń związanych z historią pieniądza. Ekonomia jest dyscypliną niezwykle ograniczoną z uwagi na ogrom niesprawdzonych założeń i nieweryfikowalnych dogmatów. Jej najdłużej utrzymująca się doktryna zakłada, że istnieje coś takiego, jak "rynek", na którym operuje "niewidzialna ręka", która sprawia, że wszystko działa tak, jak powinno.
W rzeczywistości, ekonomia funkcjonuje zgodnie z zasadami, według których została zaprojektowana i zadekretowana. Jeśli została zaprojektowana tak, aby napełniać bogactwem ręce monetarnych kontrolerów, temu właśnie celowi będzie służyć "rynek" oraz jego "niewidzialna ręka". Jeśli zaś zaprojektuje się ją w ten sposób, aby wspierała "ogólny dobrobyt", czyli zgodnie z preambułą Konstytucji Amerykańskiej, wówczas "rynek" oraz jego "niewidzialna ręka" będą działać w tym właśnie kierunku.
Niestety, kierunek naszej marszrucie nadają dziś monetarne elity, tak więc one odnoszą korzyści i zgarniają zyski. To ich "niewidzialna reka" obsypuje bogactwem świata.
Dzieje się tak na skutek procesu tworzenia kredytu przez banki. O ile w dziewiętnastym wieku występowały w obiegu inne prócz kredytu formy pieniądza, takie jak znaczne ilości bilonu, certyfikaty mające pokrycie w srebrze, czy emitowane przez rząd obligacje (greenbacks), tak obecnie niemal wszystkie pieniądze znajdujące się w obrocie pochodzą z pożyczek udzielanych przez instytucje finansowe indywidualnym osobom lub przedsiębiorstwom.

Pieniądze stworzone jako kredyt przyjmują wiele form zależnych od tego, na jaki cel zostały przeznaczone. Pewna część kredytów jest wykorzystywana przez przedsiębiorstwa oraz osoby indywidualne jako źródło inwestycji, które mają przynieść zysk przekraczający to, co należy się bankowi z tytułu zwrotu kredytu wraz z odsetkami. Jeśli pieniądze są przeznaczane na zakupy konsumpcyjne, wówczas indywidualny konsument musi zwrócić pożyczkę ze swoich przyszłych dochodów. W tych przypadkach, gdy pożyczkobiorca bankrutuje i nie spłaca pożyczki, pieniądze te po prostu pozostają w obiegu, choć zostały wydane.
Na nieszczęście, wielkie ilości kredytu używane są głównie w celach spekulacji, a nie po to, aby zasilać sektor produkcyjny. Dotyczy to papierów wartościowych kupowanych pod zastaw przez fundusze giełdowe, gdzie fundusz może uzyskiwać zyski nawet wtedy, gdy wartość inwestycji idzie w dół. Kredyt tworzony przez bank jest w takich wypadkach niewiele więcej wart, niż żeton w kasynie.
Innym rodzajem pożyczek są fundusze hipoteczne oraz różne typy inwestycji polegających na łączeniu lub wykupywaniu całych przedsiębiorstw, gdzie drapieżcy niszczą strukturę pochłanianej firmy, obniżając koszty i sprzedając jej majątek, a następnie spłacają bankowe pożyczki przed zrzuceniem biznesu na czyjeś inne barki.
Najważniejszą sprawą do uchwycenia w bankowości jest to, że pieniądze, które są wprowadzane do obrotu jako siła nabywcza, muszą w ostateczności być zwrócone jako spłata pożyczki. Oto czemu miary monetarne Rezerwy Federalnej - M1, M2 i M3 - są pozbawione znaczenia, gdyż w stosunku do większości tych pieniędzy występuje czyjeś roszczenie.
Tak zostaliśmy nauczeni, że spłata kredytów jest czymś właściwym. Naturalnie, jeśli pożyczamy coś, powinniśmy spłacić nasz dług. Znamienną rzeczą jest jednak to, że pożyczone pieniądze, które służą do zapłaty za pracę, towary, najem itp., stają się składnikiem cen żądanych za towary i usługi. Jednak, gdy pieniądze te powracają do banku w celu spłaty pożyczki, ich siła nabywcza znika. Ani bank, ani ekonomiści nie zwrócili nigdy uwagi na fakt, że proces ten powoduje chroniczny deficyt siły nabywczej na rynku, i że deficyt ten musi być uzupełniony o kolejne pożyczki, przynoszące zysk bankom. Gospodarka staje się w ten sposób kieratem, który pożyczkobiorcy muszą ciągle popychać do przodu, aby uzyskać środki wystarczające do przeżycia.
Tak więc system, który jest oparty na popularnym porzekadle, że należy zwracać, co się pożyczyło, jest cały wadliwy. Powodem wadliwości jest to, że w większości przypadków indywidualni konsumenci nie powinni nigdy musieć pożyczać. Jakoś nigdy nie pytamy, dlaczego przy takiej obfitości, jaka jest możliwa dzieki współczesnej nauce i technologii, ludzie muszą pożyczać pieniądze na procent dla zaspokojenia własnych, podstawowych potrzeb życiowych - domu, samochodu, wydatków na gospodarstwo, edukację itd.
Konstatujemy więc, że system finansowy działa wbrew temu, co powinno być prawdziwym celem pieniądza - służeniem ludziom jako bilet umożliwiający zakupy produktów niezbędnych do przeżycia lub realizacji innych pragnień, gdy te podstawowe zostały już zaspokojone.
Ludzie mają potrzeby oraz pragnienia. Gospodarka jest w pełni zdolna wyprodukować wszystkie produkty i usługi niezbędne do spełnienia tych potrzeb i zaspokojenia pragnień. Lecz system jest niesprawny, gdyż mimo obfitości kredytu dostępnego dla celów spekulacji, brak jest wystarczającej ilości pieniądza po stronie konsumenta, umożliwiającej udaną mediację między ceną a popytem. Brak ten odczuwany jest także wówczas, gdy większość ludzi ma pracę. Nawet wtedy wciąż musimy pożyczać i to jest błędne. Dla społeczeństwa powinna istnieć lepsza metoda generowania pieniędzy na to, co niezbędne.
O co w tym wszystkim chodzi?

Jedną ze spraw, o którą chodzi, jest to, że pieniądze zostały błędnie zdefiniowane jako towar. Ludzie, którzy wierzą w to, że pieniądz jest towarem, sądzą, że ma on jakąś wartość samą w sobie. Lecz jedną z natrudniejszych do uchwycenia rzeczy na temat pieniądza jest to, że ani złote, ani srebrne pieniądze, ani też papierowe pieniądze mające pokrycie w złocie lub srebrze, nie posiadają i nie mogą posiadać wartości samej w sobie.
W rzeczywistości, pieniądze są czymkolwiek, co dobrowolny nabywca i dobrowolny sprzedawca zgadzają się wymienić za coś innego. Pieniądzem mogą być i bywają takie rzeczy, jak złoto, srebro, papier, koraliki, krowy, kamienie, muszelki, patyki z nacięciami lub - jak dzisiaj - elektroniczne błyski. To, co wydaje się nadawać złotu czy srebru wartość, to ich rzadkość i trwałość. Lecz dopóki dobra i usługi nie stają się dostępne do sprzedaży, złoto oraz srebro są całkowicie bezużyteczne. Nie można zjeść złota ani srebra, mieszkać w nich lub ubierać się w nie. Same w sobie nie posiadają żadnej wartości. Wartość nadaje im dopiero produkująca gospodarka.
Tak więc, zgodnie z tą definicją, kredyt tworzony przez bank, choć może zostać zaakceptowany jako środek służący dobrowolnej wymianie między kupującym i sprzedającym, posiada zawieszkę przypominającą o tym, że w pewnym momencie ma zostać zwrócony bankowi w celu likwidacji długu. Tak więc kupujący, który oferuje kredyt sprzedającemu, w rzeczywistości oszukuje samego siebie w kwestii swojej zdolności do zapłaty. Nie jest wolnym człowiekiem. Jego każdemu zakupowi w głębi świadomości towarzyszy poczucie, że coraz więcej swojej przyszłości zapisuje w termin.
Sprzedający może z kolei głębiej odetchnąć, uzyskując środek płatniczy niezbędny do spłaty jego własnych długów. I tak to się kręci, bez końca. Nawet jeśli pieniądz byłby pokryty złotem czy srebrem, system działałby dokładnie w ten sam sposób.
Na mocy jakiego prawa bankowcy pętają gospodarkę takim kaftanem długów? I znów, podstawą ich logiki jest twierdzenie, że pieniądz jest towarem, a jakaś grupa ludzi posiada pieniądze. Wierzymy, że są to ich pieniądze, uczciwie zarobione. I z tego, że ludzie ci posiadają pieniądze, wywodzimy prawo pożyczania ich innym.
Lecz system bankowy wybiega ponad tę logikę i zgodnie z obowiązującym prawem zakłada, że skoro posiada pieniądze, które może pożyczać, posiada też prawo, aby pożyczać ich znacznie więcej, niż posiada. W ten sposób banki stały się sprawnym operatorem systemu częściowej rezerwy bankowej, podczas gdy, jak opisano wyżej, są w stanie pożyczać w oparciu wyłącznie o zapisy debetowe w komputerach, tworzone na podstawie relacji własnego kapitału do pułapu dozwolonych pożyczek.
Lecz skoro czynią to banki, czemu nie możemy tego samego robić ty, czy ja? Jeśli posiadałbym 1000 $, czemu nie mógłbym pożyczyć 10 000 $, pobierając od tej sumy stosowny odsetek? Odpowiedź na to jest taka, że bank działa zgodnie z licencją rządową i w sposób domniemany, poprzez różnorakie zabezpieczenia, gwarantuje, że ludzie spłacą pożyczki, które w nim zaciągnęli. Lecz nawet to nie jest już wymagane od banku, o ile może on cały pakiet pożyczek sprzedać innemu podmiotowi biznesowemu, takiemu jak firma inwestycyjna.
Faktem pozostaje, że banki mogą tworzyć wyłącznie ludzie bogaci, których stać na wyłożenie kapitału założycielskiego, zbudowanie funkcjonującego biznesu i uzyskanie licencji rządowej, o której wspominaliśmy.
Należy zauważyć, że dziś, przy wyjątkowo niestabilnych warunkach finansowych, nie tylko banki uczestniczą w kreacji kredytu poprzez pożyczki. Od czasu deregulacji z lat 1980-tych, firmy brokerskie z Wall Street znacznie rozwinęły system upłynniania spekulacyjnych pożyczek w celu zakupu papierów wartościowych. Doprowadziło to do dzisiejszej relacji długu do kapitału, wynoszacej na rynku papierów wartościowych USA 22:1, gdzie dług znacznie przekracza wartość majątku.
CO TO JEST KREDYT?

Słowo "kredyt" jest jednym z najważniejszych i najpowszechniej stosowanych słów w języku angielskim. Słownik dictionary.com przytacza jego dwadzieścia jeden definicji. Wszystkie one mają związek z koncepcją "wartości" i wymiany tej wartości w czasie i przestrzeni pomiędzy jedną osobą, a drugą. Naturalnie, pojęcia "kredyt" i "pieniądz" są blisko powiązane.
Idea kredytu rozpatrywana z perspektywy makroekonomicznej odnosi się do zdolności gospodarki do produkowania dóbr i usług posiadających wartość dla członków danej społeczności. Odwołuje się więc do potencjalnej wartości tej gospodarki dla podtrzymywania życia. To, czego ta definicja nie ujmuje i nie jest w stanie objąć, są pieniądze same w sobie, gdyż, jak wykazaliśmy, pieniądze nie posiadają żadnej wartości wewnętrznej. Bez potencjału kredytowego tworzonego przez produkcyjny sektor gospodarki, pieniądze nie mają żadnego znaczenia.
Z drugiej strony, pieniądze mogą być wygodną miarą dla mierzenia kredytu, służącą formułowaniu stwierdzeń w rodzaju tego, że PKB USA wyniosło w roku 2006 12,98 biliona $. W rzeczywistości, "prawdziwy" kredyt gospodarki USA był znacznie wyższy, gdyż gospodarka ta nigdzie nie pracuje pełną swoją mocą. Przemysł samochodowy, na przykład, wykorzystuje około pięćdziesięciu procent swojej mocy produkcyjnej. Tak więc, rzeczywisty kredyt Stanów Zjednoczonych jest znacznie wyższy, niż PKB.
"Kredyt" w znaczeniu ekonomicznym wyraża legalne prawo do udziału w dobrach i usługach, składających się na PKB danego narodu.. Jest to sposób, w jaki społeczeństwo decyduje, komu przyznawać bilety banków, za które można nabywać produkty składające się na PKB.
Oczywiście, wypuszczenie na rynek zbyt małej lub zbyt dużej ilości biletów powoduje problemy. Emisja zbyt małej ilości biletów powoduje niedostateczną produkcję, biedę, nawet śmierć. Emisja zbyt dużej ilości biletów powoduje inflację. Gdy Rezerwa Federalna napełnia balon, a następnie go deflacjonuje, jak to dzieje się obecnie na flaczejącym rynku nieruchomości, efekty te wzmacniają się, powodując stały chaos gospodarczy, który obserwujemy od dziesięcioleci.
Można z dużą dozą trafności powiedzieć, że kredyt jest zjawiskiem kulturowym. Jest on sumą zdolności produkcyjnej całej gospodarki narodowej. Jest nagromadzony w przeszłości, obecny w teraźniejszości i można go zaprojektować na przyszłość. Jest rezultatem pracy rzeszy milionów ludzi, którzy zmarli i odeszli, żyją dziś, a nawet tych nienarodzonych. Wiele efektów tych działań jest zastrzeżonych jako własność biznesowa, ziemska czy patentowa, lecz każdy człowiek który kiedykolwiek żył, żyje obecnie, lub będzię żyć w przyszłości - jest dziedzicem tej kultury.
Dlatego kredyt może i powinien być postrzegany jako powierzony majątek społeczny, zjawisko publiczne, część tego, co zwie się terminem "dobro wspólne", istniejące niezależnie od normalnego i naturalnego występowania własności prywatnej. Tak więc używanie kredytu oraz jego dystrybucja powinny być traktowane jako usługa publiczna, podobnie jak dostarczanie wody czy elektryczności. Każdy człowiek powinien mieć prawo do korzystania z niego, zgodnie z pewnymi racjonalnymi, prawnymi i ludzkimi kryteriami odnośnie potrzeby jego kreowania i udziału w tym procesie.
Podobnie jak w wypadku innych usług publicznych, społeczność jest odpowiedzialna za nadzór na tym, czy kredyt jest wykorzystywany mądrze i dla realizacji pozytywnych i konstruktywnych celów. Nikomu jednak nie powinno się zabraniać dostępu do niego, gdyż jest on koniecznością życiową.
Pieniądze jako miara kredytu powinny z tego powodu być dostępne dla całego społeczeństwa. Rząd, jako przedstawiciel społeczeństwa, jest odpowiedzialny za nadzór, koordynację i regulację kwestii dostępności kredytu, mając na uwadze najbardziej sprawiedliwe i społecznie korzystne formy jego wykorzystania.
Reformiści monetarni mogliby argumentować w związku z tym, że szeroka dostępność kredytu dla ludzi pracujących powinna być częścią "ogólnego dobrobytu" gwarantowanego w preambule do Konstytucji USA. Nie powinno się mylić tego postulatu z nieograniczoną dostępnością kredytu dla spekulantów i rekinów giełdowych, jak to ma miejsce dziś w naszej gospodarce kształtowanej przez Wall Street.
Te kwestie sa jednak słabo rozpoznane. Pieniądze, a przez to i kredyt, są postrzegane jako własność prywatna, nawet gdy większość z nich, jak wspomniano, jest tworzona przez banki "z powietrza". Nie ma przesady w stwierdzeniu, że obecny system charakteryzuje się tym, że elity finansowe konfiskują i prywatyzują najważniejszy zasób publiczny, ważniejszy niż woda, ziemia czy energia elektryczna. Sytuacja ta prowadzi do większości wojen na świecie, do biedy i zbrodni.
Spróbujmy zatem jeszcze raz przyjrzeć się sposobowi, w jaki pieniądz trafia do gospodarki, tym razem zwracając uwagę na ogólny obraz kredytów w gospodarce USA. Jak wpomnieliśmy, PKB USA wyniosło w roku 2006 12,98 biliona $. Jest w tym uwzględniony deficyt handlowy w kwocie 726 mld $. Pytanie brzmi, skąd bierze się kredyt konieczny, aby to PKB wykupić, gdyż, zgodnie z definicją, cała ta suma musiała być zapłacona w cenach.
Zgodnie z oficjalnymi danymi, dostępny dochód narodowy USA za 2006 r wyniósł 10,23 bln $ i składał się z wynagrodzeń, pensji, odsetek, dywidend, dochodów osobistych z biznesu i zysków z kapitału. Około jednej trzeciej tej sumy zostało przeznaczone na podatki na rzecz rządu federalnego, rządów stanowych i lokalnych.
W związku z tym powszechne w całej gospodarce jest pożyczanie pieniędzy we wszelakich formach - w celu konsumpcji, prowadzenia handlu, inwestowania, spekulacji, powiększania długu narodowego czy finansowania transakcji biznesowych. W rzeczywistości, zadłużenie wzrosło w 2006 roku "na czysto" o kolejne 3,77 bln $ - stanowiąc różnicę pomiędzy PKB a dochodem narodowym. *
Dług, poprzez pożyczki na zakupy produktów importowanych z zagranicy, finansował także większą część deficytu handlowego. Potrzeba pożyczania wzrosła znacząco w ślad za spadkiem rodzimej produkcji USA, w związku z czym znikły lub przeniosły się za ocean dobrze płatne stanowiska, które przyczyniały się do wzrostu dochodu narodowego. Proporcja długu do dochodu narodowego osiągnęła najwyższą w historii wartość 460 procent wobec 186 procent w roku 1957.
Okazuje się, że ortodoksyjna ekonomia, nawet przy jej manipulacjach wokół oprocentowania kredytu, dokonywanych przez Rezerwę Federalną, nie posiada wystarczających narzędzi, aby poradzić sobie z tym kryzysem. Głównym problemem jest to, że ani ekonomiści, ani politycy, nie rozumieją problemu, choć bankowcy z pewnością sa jego świadomi.
Ortodoksyjna ekonomia jest bezradna, gdyż ludzie nie rozumieją, w jaki sposób luka pomiędzy produkcją i siłą nabywczą ma się do sposobu, w jaki mikroekonomia korporacji przekłada się na makroekonomię państwa. Zauważyliśmy wcześniej w tym raporcie, że ceny artykułów w gospodarce zawierają pożyczki zaciągniete w czasie procesu produkcyjnego. Lecz te pożyczki są kasowane ze strony zobowiązań banku w momencie ich spłaty. Z tego powodu siła nabywcza gospodarki zawsze pozostaje z tyłu za cenami.
Nie jest to jedyny obszar, gdzie ceny zawierają składniki, które nie są wypłacane jako wynagrodzenia, pensje, dywidendy czy inne źródła przychodów indywidualnych lub firmowych. Inne składniki obejmują oszczędności, ubezpieczenia, niektóre koszty utrzymania, koszty ogólne oraz narastający skutek handlowania przez korporacje między sobą przy pomocy płatności, które nigdy nie opuszczają systemu produkcji.
W rezultacie tylko jedna trzecia do jednej drugiej wszystkich kosztów jest dystrybuowana do konsumentów. Analiza ta jest staranie udokumentowana przez ruch Kredytu Społecznego i znana reformatorom monetarnym od dziesięcioleci.
Różnica jest tym, co zmusza narody do poszukiwania zagranicznych rynków zbytu dla ich produktów, jak czyniły to Stany Zjednoczone w okresie po II wojnie światowej. Gdy w późniejszym okresie nasz bilans handlowy znalazł się na minusie, próbowaliśmy to kompensować polityką "hegemonii dolara", wymuszając na reszcie krajów uznanie naszej waluty za główny środek płatniczy w handlu ropą naftową, główną walutę rezerw bankowych i sposób regulowania deficytu handlowego.
Lecz wraz ze wzrostem zadłużenia wewnętrznego oraz zewnętrznego i pogłębiającymi się deficytami budżetowym i płatniczym, rozpoczęło się całkowite załamanie systemu. Niedawna główna siła motoryczna amerykańskiej ekonomii - balon budownictwa mieszkaniowego - flaczeje. I gorączkowo szukamy ratunku, radykalnie dewaluując dolara i prowadząc agresywną politykę militarną bazującą finalnie na konfiskowaniu zasobów surowcowych innych krajów, jak w Iraku.
To wszystko, w połączeniu z akcją forsowania deficytu budżetowego poprzez importowanie dolarów wydawanych za granicą na zakup produktów, których sami już nie wytwarzamy, składa się na domek z kart, który tworzymy, i który wkrótce musi się zawalić. To, czego jeszcze brakuje, to gwałtowny szok w postaci eskalującej wojny na Bliskim Wschodzie lub niezdolności zagranicznych wierzycieli do kontynuowania akceptacji zdewaluowanego dolara.
Ani dewaluacja, ani agresja nie rozwiążą problemu, mającego zwoje źródło w błędnym mechanizmie finansowania długami niedoborów siły nabywczej. Rozpoznanie chaosu, na którym finansiści budują swoje zyski, nie spowoduje też powstania takiej ilości kredytu, aby utrzymać pożądany przez nas poziom produkcji oraz standard życia, który za tym idzie.

RECEPTA

Ponieważ wszyscy stoimy w obliczu bankructwa, nadeszła pora, aby osoby pragnące zrozumieć obecny kryzys gospodarczy wzięły głęboki oddech, uspokoiły się i zebrały w sobie, aby właściwie ocenić sytuację.
Naturalnie, rozwiązanie nie polega na podejmowaniu ryzyka podpalania świata poprzez kontynuowanie radzenia sobie z naszymi wewnętrznymi problemami na drodze zagranicznych podbojów. Jest to rozwiązanie, którego kraje Zachodu próbowały przez setki lat i wydaje się, że reszta świata ma już tego całkowicie dosyć. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji obecnej, gdzie głównym czynnikiem napędzającym amerykańską gospodarkę jest olbrzymia nierównowaga bilansu handlowego. Obce kraje muszą używać dolarów, które honorują, mimo że ostatecznie jest to dla nich niekorzystne, gdyż finansują w ten sposób federalny deficyt budżetowy USA, mierzony w dolarach, których wartość spada.
Rozwiązanie nie leży także po stronie produkcyjnej równania. Gospodarki Stanów Zjednoczonych i innych krajów rozwiniętych są zdolne wyprodukować wszystko, czego potrzebują obywatele tych krajów, a także nadwyżki na potrzeby racjonalnej wymiany handlowej z zagranicą, zwłaszcza jeśli przywrócimy naszemu przemysłowi poziom produktywności, jaki osiagnął, zanim nastąpiła recesja lat 1979-83, wywołana przez Rezerwę Federalną, która przestawiła nas na obecną, anemiczną "gospodarkę usługową".
Rozwiązania należy raczej szukać w rządzie federalnym, który przejąłby od finansistów konstytucyjnie mu należną kontrolę nad kredytem narodowym i zarządzał nim - jak mówilismy wcześniej - jako usługą publiczną. Nie ma potrzeby eliminowania kapitalizmu, zmiany podstawy prawa własności, obalania korporacji itp., gdyż organizacja produkcji i administrowanie nią mają niewielki związek z całą sprawą.
Warto powtórzyć, że sektor produkcyjny gospodarki nie jest problemem. Jest on niezwykle efektywny w tworzeniu dóbr oraz usług, których ludzie pragną i potrzebują. Może on być podstawą prawdziwej demokracji gospodarczej, o ile jego efektywność byłaby wykorzystana i dystrybuowana zgodnie z zasadami demokracji.
Jest istotne, aby zrozumieć, że rząd centralny niepodległego państwa ma prawo i zdolność wprowadzania do obiegu CAŁEGO nowego kredytu , ponosząc odpowiedzialność za to. Jest to czymś całkowicie różnym od powierzenia bankowi centralnemu zadania "drukowania pieniędzy" w oparciu o łagodną politykę kredytową, prowadzącą do udzielania tanich pożyczek, które jednak wciąż muszą być spłacane.
Niepodległa kreacja kredytu nie opiera się na długu. Jest i powinna bazować na bezpośrednim wprowadzaniu przez rząd pieniądza do cyrkulacji. Oczywiście, rząd powinien to czynić w taki sposób, aby najlepiej dbać o interesy członków społeczności, przy poszanowaniu zróżnicowanych wkładów wnoszonych przez osoby o różnym poziomie umiejętności i osiągnięć. To całkiem realne, aby wprowadzić taki program z właściwym poszanowaniem istniejących konwencji dotyczących prywatnej własności i prywatnej kontroli istniejącego bogactwa.
Dla tych, którzy uważają, że idea publicznie kontrolowanego kredytu postuluje możliwość zakręcania i odkręcania kurka wpuszczanych na rynek pieniędzy, tezy te muszą się wydawać nieporozumieniem. Obfitość dostaw jest jednak faktem, co nie dotyczy pieniędzy. Jest ona tym, co istoty ludzkie nauczyły się produkować dzięki sprawności rąk i głów, dzięki wiedzy, nauce i technologii.
Pieniądze są tylko biletami umożliwiającymi dystrybucję tej obfitości od producentów do konsumentów, lecz najpierw musi być wystarczający nadmiar produkcji, aby umożliwić dystrybucję wszystkiego, co jest potrzebne, w sposób racjonalnie uzasadniony. Pieniądz nie powinien być kojarzony z finansową spekulacją i zadaniem rządu jest dostarczanie pieniędzy do miejsc aktywności gospodarczej, gdzie są niezbędne.

Należy to przeprowadzić według następujących zasad:
1. Decyzje, jakie towary i usługi mają być produkowane, powinny wynikać z racjonalnie wyważonego stosunku tego, co niezbędne i pożądane przez konsumentów, do tego, co konieczne dla dobra publicznego w obszarze infrastruktury i regulacji prawnych. Decyzje powinny być podejmowane w wyniku wypadkowej sił rynkowych i interesów przedsiębiorstw, oraz nadzorowane przez reprezentatywny rząd. Innymi słowy, produkcja powinna być prowadzona tak, jak wyobrażamy ją sobie dzisiaj, choć tak naprawdę ani rynek, ani przedsiębiorcy czy przedstawiciele rządu, nie mogą dziś właściwie i odpowiedzialnie funkcjonować, gdyż znajdują się pod wielką presją ze strony szkodliwie dysfunkcjonalnego systemu monetarnego.
2. Siła nabywcza powinna być dostarczana do wszystkich osób, niezależnie od tego, czy pracują, czy nie. Staje się to coraz bardziej znaczące, gdyż w związku z postępującą automatyzacją produkcji, coraz mniej pracowników jest niezbędnych, aby wytwarzać rosnącą liczbę towarów Nie ma sposobu, aby uniknąć zjawiska dyslokacji pracowników, związanej ze zmianami w nowoczesnej gospodarce, więc istotne jest, aby ludzie byli zabezpieczeni na wypadek takich sytuacji, mogąc optować za całkowitą rezygnacją z pracy zarobkowej. Jest wiele zajęć produkcyjnych, które ludzie mogą wykonywać bez konieczności posiadania płatnego etatu. Pieniądze dostarczane ludziom niezależnie od tego, czy pracują, powinny tworzyć Narodową Dywidendę przewidzianą przez system Kredytu Społecznego. Jednym ze środków zarządzania takim systemem mogłaby być powinność świadczenia przez każdego pracy do czterdziestego roku życia, kiedy to możliwe by było przejście na dobrowolną emeryturę.
3. Idea jednego kraju będącego żandarmem świata, posiadającym bazy militarne w każdym zakątku oraz prawo do podbijania innych krajów i zagarniania ich surowców, musi być porzucona raz na zawsze. System, w którym narody świata byłyby finansowo niezależne i samorządne w sposób opisany w tym raporcie, doprowadziłby do możliwości ustabilizowania międzynarodowej sytuacji i handlu między różnymi krajami i regionami świata traktowanymi jako równi partnerzy. Historia ostatniego wieku dowodzi, że parcie do wojny jest wyłowywane głównie przez potrzebę uzyskania finansowej dominacji, stanowiącej rekompensatę dla zmniejszania się wewnętrznej siły nabywczej w wyniku demokratycznego zarządzania kredytem. Syndrom ten mógłby być wyeliminowany przez opisaną tu reformę monetarną.

Oto zasady - funkcjonująca gospodarka, która łączy odpowiedzialne, wolne przedsiębiorstwo z państwowymi regulacjami prawnymi i infrastrukturą; demokratyczna dystrybucja Narodowej Dywidendy, która uzupełnia przychody z pracy; międzynarodowy system relacji gospodarczych, skupiający niepodległe kraje działające jako równe podmioty. Żadna z tych zasad nie jest dzisiaj spełniona i żaden wiądący kraj nie planuje ich wdrożenia, zarówno teraz, jak i w sytuacji kryzysu.

Podstawowym środkiem, który należy przedsięwziąć, aby zapoczątkować zmiany, biorąc za przykład Stany Zjednoczone, powinno być utworzenie Rady Nadzoru Monetarnego w formie prawnej zaproponowanej przez Amerykański Instytut Monetarny. Organ ten mógłby przeanalizować cały proces powodujący, że podaż pieniądza jest niewystarczająca dla zaspokojenia popytu na kredyt ze strony narodu płacącego za swój PKB.

Następnie należy podjąć następujące kroki:
1. Powinniśmy wprowadzić do obiegu kredyt w ilości wystarczającej dla pokrycia podstawowych wydatków rządu na wszystkich poziomach, bez odwoływania się zarówno do podatków, jak i pożyczek. W przeszłości obowiazki te były wykonywane przez amerykańskie legislatury kolonialne, przez Kongres Kontynentalny w czasie wojny niepodległościowej i przez rząd federalny w okresie wojny domowej. Prawdopodobnie dwie trzecie obecnych wydatków rządu federalnego można by wyeliminować, gdyż duża ich część służy kompensowaniu wadliwego systemu monetarnego, włączając w to dużą część machiny militarnej. Realizując powyższy program można by także wyeliminować co najmniej dziewięćdziesiąt procent wszystkich podatków. Jedyne podatki, jakie mogłyby zostać zachowane, to te służące obsłudze i utrzymaniu infrastruktury i te, które stanowią narzędzia kontrolowania i zapobiegania inflacji. Wydatki kapitałowe związane z nową infrastrukturą - federalną, stanową czy lokalną - mogłyby być finansowane poprzez samofinansujący się bank infrastruktury narodowej. Można by kontynuować zasadę wymagalności aprobaty wydatków rządowych przez organ prawny reprezentujący republikańską formę rządu, który w wyniku przeprowadzenia reformy monetarnej uległby wzmocnieniu, a nie osłabieniu.
2. Pozostała część ogólnej społecznej luki pomiędzy produkcją i siłą nabywczą mogłaby być zapełniona nieopodatkowaną Narodową Dywidendą w dwóch postaciach. Jedną stanowiłoby stypendium pieniężne wypłacane wszystkim obywatelom, które służyłoby także wyeliminowaniu biedy poprzez zapewnienie każdemu gwarancji podstawowego przychodu. Pozostała część Narodowej Dywidendy byłaby przeznaczana na ogólną dotację cenową, gdzie określona część wszystkich wydatków konsumenckich, włączając w to wydatki przeznaczane na budowę mieszkań, byłaby dotowana. Całkowita Narodowa Dywidenda, przypadająca na statystyczną osobę, z pewnością przekroczyłaby w obecnych warunkach gospodarczych kwotę 12 000 dolarów rocznie. Wartość ta powinna być obliczona i księgowana w wydatkach rządowych, lecz powinna pozostawać pozycją pozabudżetową, aby nie było potrzeby jej finansowania podatkami czy pożyczkami.
3. Część Dywidendy Narodowej mogłaby być dostępna wszystkim obywatelom, którzy osiągnęli pełnoletniość i którzy otrzymywaliby nieopodatkowaną kwotę 60 000 dolarów na wyższe studia, naukę zawodu czy inwestycję w przedsiębiorstwo.
4. Finansowanie kredytu przez banki byłoby obłożone dużo większymi restrykcjami, niż obecnie. Prywatny sektor inwestycji korporacyjnych mógłby być finansowany wyłącznie z nagromadzonych zysków oraz z rynku kapitałowego, bez potrzeby uruchamiania kredytów bankowych. Pożyczki bankowe dla celów spekulacji giełdowej byłyby zakazane, podobnie jak lewarowane wykupy.
5. Kredyty bankowe byłyby udzielane bez stosowania zasady częściowej rezerwy, z niskooprocentowanych pożyczek banku, uzupełniających kapitał własny oraz depozyty. Pożyczki byłyby zaciagane przez banki od rządu federalnego na bardzo niski procent, z kredytu tworzonego publicznie. O ile banki mogłyby dodawać koszty administracyjne i uzasadniony zysk do ceny pożyczek udzielanych w celu finansowania handlu, zakupu nieruchomości i startu nowych przedsiębiorstw, gwarancje rządowe i dotacje powinny zapewnić oprocentowanie netto pożyczek na poziomie nie wyższym, niż jeden procent.
6. Handel międzynarodowy byłby regulowany za pośrednictwem systemu kursów walut opartego na rzeczywistej sile nabywczej konkretnych walut narodowych.

WYNIKI

Program ten nie tworzy Utopii, ani nie postuluje Big Brothera, który by nas nadzorował. Nie uwolni on także ludzkości od konieczności pracy, nauki, oszczędzania, troski o środowisko, podejmowania mądrych decyzji, inteligentnego wykorzystywania warunków, uczestnictwa w rządzeniu przedstawicielskim, opieki nad osobami mniej zaradnymi, dbałości o przyszłe pokolenia, praktykowania powściągliwości, przestrzegania zasad moralnych, czczenia twórcy czy miłowania bliźniego jak samego siebie.
To, co ten program może przynieść, to stworzenie odpowiednich warunków dla osiągnięcia przez krajowy system monetarny tego samego stopnia dojrzałości, funkcjonalności i dostępności, jaki współcześnie, przynajmniej potencjalnie, cechuje sektor ekonomii materialnej, która tak efektywnie wykorzystuje naukę i technologię w tworzeniu obfitości dóbr i usług.
Oznacza to, że program niniejszy uwolniłby ludzkość od nadzoru ze strony elit finansowych, które niesprawiedliwie uzurpują sobie tytuł do owoców pracy wszystkich pozostałych ludzi. Ilość pieniędzy zaangażowanych w tę kontrolę jest przeogromna. W raporcie zatytułowanym "Program Ratunkowy Reformy Monetarnej USA" autor obliczył, że Narodowa Dywidenda za 2006 rok powinna generować przeciętne stypendium dla obywatela USA w wysokości 12 600 dolarów. Dla osoby w wieku 60 lat oznacza to łączny przychód w kwocie 756 000 dolarów, licząc w obecnych cenach.
Kwota 756 000 dolarów odpowiada ilości pieniędzy, jakie statystyczna osoba musiała w tym czasie pożyczyć od instytucji finansowych. Kwotę tej wielkości każdy obywatel powinien był otrzymać w postaci udziału w Narodowej Dywidendzie, o ile Kongres USA nie scedowałby na instytucje finansowe zapisanych w Konstytucji publicznych prerogatyw do kreowania kredytu. Uzyskane z ekstrapolacji tej wartości na całe społeczeństwo USA, sumy zbędnych pożyczek zaciągniętych przez obywateli od czasu II wojny światowej przewyższają prawdopodobnie kwotę 100 bilionów dolarów. Możemy domniemywać, że szacunki te nie mijają się z prawdą, gdyż całkowity dług społeczny USA jest w sposób udokumentowany szacowany na ponad 48 bilionów dolarów.
Nie jest trudno wyobrazić sobie, że po jakimś czasie program reformy monetarnej, opisany w tym raporcie, mógłby spowodować eliminację biedy i głównych przyczyn wojen, redukcję wielkości rządu i uzyskanie przez ludzi szansy na powodzenie. Obecny system pogrążania się niewolniczego w długach w wyniku duszności monetarnej na szczeblu konsumenckim, zostałby zastąpiony przez prawdziwą demokrację gospodarczą.
Demokracja gospodarcza może być zdefiniowana jako swoboda dostępu do boskiej obfitości Ziemi, odpowiednio do czyichś potrzeb, charakteru, zdolności i pracy. Celem tego dostępu jest to, aby ludzie mogli odpowiedzialnie wykonywać swoje zajęcia i realizować style życia zgodnie z własną tożsamością i przeznaczeniem, bez dyktatu zewnętrznych autorytetów i bez presji lęku o możliwość ekonomicznej ruiny. Są to swobody nierozerwalnie związane z ideami, które stworzyły Amerykę i - choć ograniczone w znacznym stopniu - stanowią dar Ameryki dla reszty świata.
Czytelnik mógłby spytać, dlaczego o tych reformach nie pomyślano i nie wdrożono ich wcześniej, skoro wiadomo było, jak je wprowadzić. Prawda jest taka, że w przeszłości reformy te były znane i promowane przez wielu ludzi, zarówno sławnych, jak i nieznanych, włączając w to takich przywódców Ameryki, jak Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Andrew Jackson, Thomas Edison, Henry Ford, Herbert Hoover, Franklin D. Roosevelt, John F. Kennedy i wielu innych. Lecz przeciwko tym oswieconym przywódcom działała międzynarodowa zmowa finansistów posiadających ogromną władzę polityczną.
Współczesna era kontrolowania Stanów Zjednoczonych przez finansistów rozpoczęła się wraz z uchwaleniem Ustawy o Rezerwie Federalnej w roku 1913. Lecz w latach 1920-tych USA wciąż przewyższały resztę świata w tempie rozwoju. Było to wynikiem korzystnej w porównaniu z Europą sytuacji finansowej po I wojnie światowej, szerokiej dostępności kredytu w krajowej gospodarce, wysokiego tempa industrializacji i skłonności amerykańskich przemysłowców do płacenia własnym robotnikom godziwych stawek.
Zauważmy, że na wymienionej liście oświeconych przywódców znalazł się prezydent Herbert Hoover. Nie jest ogólnie znanym faktem, że Hoover, wybrany na prezydenta w 1928 roku, zapoznał się z systemem Kredytu Społecznego, stworzonym w Wielkiej Brytanii przez majora C.H. Douglasa, który w roku 1918 opublikował swoją brzemienną w skutki pracę "Demokracja Gospodarcza". Douglas, posiadający bliską wiedzę na temat wydarzeń tamtej epoki, pisał później w swojej książce Warning Democracy, że finansiści zdecydowali się poświęcić gospodarkę USA poprzez wywołanie krachu na giełdach w 1929 roku, aby móc przeciwstawić się oświeconym ideom gospodarczym Hoovera.
Istnieje oficjalna wersja historii i prawdziwa historia wydarzeń. Dlatego Hoover jest błędnie portretowany jako prezydent nieudolny. Lecz Hoover, inżynier, będący jednym z najbardziej sprawnych prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych, zidentyfikował Rezerwę Fedralną działającą we własnym interesie, jako ciało odpowiedzialne za wywołanie Wielkiego Kryzysu. Jego odpowiedzią było utworzenie Biura Rekonstrukcji Finansów i próba ożywienia gospodarki poprzez infuzję świeżego kredytu, lecz z powodu obwiniania go o kryzys, został on usunięty z urzedu na rzecz Franklina D. Roosevelta w 1932 roku.
Biuro Rekonstrukcji Finansów pozostało i było zasadniczym narzędziem przebudowy gospodarki przez następne dwie dekady. Sam Roosevelt rozumiał, że rząd federalny musi zachować decydującą kontrolę nad kredytem, choć jego polityka była podważana przez osoby z jego własnej administracji, które sprzyjały finansistom. Tak więc nigdy nie zakończył programu prawdziwej reformy monetarnej.
W latach 30-tych Douglas przewidywał kolejną wojnę światową spowodowaną przyczynami monetarnymi, lecz podczas wizyt w Stanach Zjednoczonych mówiono mu, że finansiści nigdy nie zezwolą na wdrożenie idei Kredytu Społecznego. W środowisku monetarnych reformistów utarła się opinia, że elity finansowe rozglądały się za ekonomistą, który stawiłby czoła ideom Douglasa i że wybór padł na Johna Maynarda Keynesa. System Keynesa próbował radzić sobie z problemem monetarnym poprzez kreowanie olbrzymiego deficytu budżetowego, utrzymywanie wysokich podatków i szybki wzrost gospodarczy.
System funkcjonował w latach II wojny światowej i nieco dłużej, lecz zabrakło mu zasilania po zabójstwie Johna F. Kennedy'ego w 1963 roku i po utracie przez USA przewagi handlowej oraz płynności finansowej w okresie wojny w Wietnamie i późniejszym. Finansiści wzmocnili swoją kontrolę w latach 70-tych, co doprowadziło do wyniszczającej recesji lat 1979-83, wywołanej przez Rezerwę Federalną, oraz do deregulacji sektora finansowego za rządów Reagana, w latach 1981-89.
Sytuacja pozostaje niezmieniona do dnia dzisiejszego. Począwszy od lat 80-tych, każda ekspansja gospodarcza była niczym więcej, niż inflacją majątku tworzoną przez Rezerwę Federalną. Ostatnią z nich stanowił nadmuchany balon nieruchomości, największy w historii, a obecnie flaczejący. Finansiści próbują doprowadzić do regulowanego spadku, tzw. miękkiego lądowania, kosztem dobrobytu, zdrowia, stanowisk pracy, mieszkań i z pewnością także kosztem życia milionów zdemoralizowanych ludzi.
Czy pozwolimy im na to? Naturalnie, rząd ma na mysli dalsze poręczenia, choć obecnie, gdy rynek nieruchomości został zdewastowany, może nie być już aktywów, w które dałoby się pompować inflację przez następną rundę chaosu. Jednak próby takie są podejmowane. Analitycy próbują ogniskować uwagę na pęczniejącym balonie fuzji i przejmowaniu aktywów, oraz wskazują na wielki boom w sprzedaży papierów wartościowych, który wywindował akcje spółek giełdowych na rekordowy poziom, mimo zmniejszania się siły nabywczej konsumentów amerykańskich.
Jeśli i te balony pękną, zniknie na dobre większość bogactwa klasy średniej, która uchowała się po krachu giełdowym w 1987 roku, przetrwała pęknięcie balona firm wirtualnych w latach 2000-2002 i obecny spadek na rynku nieruchomości.
Być może bal dobiega końca. Może pod koniec swojego 300-letniego panowania, które rozpoczęło się w roku 1694, z chwilą utworzenia Banku Anglii, finansistom udało się wreszcie rozmontować gospodarki świata do tego stopnia, że pozostali z nas zechcą podjąć jakieś działania. A może wystarczające zniecierpliwienie pojawi się w związku z dalszymi wojnami na Bliskim Wschodzie czy gdziekolwiek indziej. Być może szczyt wydobycia ropy lub globalne ocieplenie włączą się w ten proces destrukcji na skalę, którą trudno będzie pominąć. A może zwyczajnie dokuśtykamy do zachodu słońca.
Czas pokaże. Lecz jakkolwiek miałoby się to odbyć, przekonaniem autora jest, że taki lub inny, uczciwy i inteligentny system monetarny powstanie kiedyś na naszej planecie.
Tłumaczył: Krzysztof Lewandowski

  Wywiad internautów z Radzisławem Franczakiem z SM UPR
Naturalnym oparciem dla libertarianizmu jest konserwatyzm. To właśnie konserwatywne wartości zabezpieczają libertariański ład, a wolne społeczeństwo nieuchronnie wyłoni i będzie sprzyjało postawom konserwatywnym. Sojusz konserwatywno-libertariański uważam nie tylko za naturalny, ale wręcz konieczny.

Jakie wymogi musi spełniać osoba chcąca przyłączyć się do krakowskiej SM UPR i jakie będą jej zobowiązania względem Sekcji?

Aby przystać do Sekcji, nie trzeba być członkiem UPR - wystarczy utożsamiać się z bronionymi przez nią zasadami i być szczęśliwym posiadaczem mniej niż 30 lat w metryce. Dla członków Sekcji nie będących członkami UPR roczna składka wynosi 24 złote, członkowie UPR wstępujący do Sekcji są z niej zwolnieni.

Tyle formalnie. Zasadniczo zanim ktoś się zapisze, chcielibyśmy go bliżej poznać. Ważne jest, by nie oczekiwał przy tym tego, na czym z reguły koncentrują się partyjne młodzieżówki, a więc profitów osobistych i protekcji w wyścigu do stołków.

Jak długo ma Pan jeszcze zamiar kierować młodzieżówką UPR w Krakowie? Proszę podać powody, dla których to akurat Pan powinien sprawować tę funkcję, zwłaszcza, że przez 2 lata, czyli od momentu kiedy SM UPR uczestniczy w programie "Młodzież kontra", ani razu nie wypowiadał się Pan w nim, nie zabiera Pan również głosu w różnych debatach publicznych, ani nie pisze żadnych intelektualnych artykułów i tekstów. Czy działalność organizacyjna wystarczy, aby być prezesem młodzieżówki w Krakowie?

Zapewne nie wypada mi się tutaj usprawiedliwiać, ale gdyby wypadało, próbowałbym pewnie uzasadniać, że funkcja prezesa polega właśnie na organizowaniu działań partii, niekoniecznie zaś na występowaniu osobiście w telewizji. Jeśli prezes umie znaleźć osoby, które dobrze wypełnią wszystkie istotne zadania, to jego misja jest wykonana, niezależnie od tego, w ilu przypadkach sam będzie taką osobą. A jak długo? Nie dłużej, niż do czasu znalezienia kogoś lepszego od siebie. ;)

Dlaczego Adam Danek już nie pokazuje się w programie "Młodzież kontra"?

Najkrócej mówiąc, Adam nie jest typowym UPR-owcem. Jego poglądy w wielu punktach z trudem, a w paru innych wcale nie mieszczą się w partyjnym kanonie ideowym. On sam wie o tym najlepiej i nie zamierzał ani nie zamierza być główną twarzą UPR. Tą dla krakowskiej SM jest obecnie Konrad Berkowicz - warto go poznać.

Co mógłby Pan powiedzieć na temat osób wypowiadających się najczęściej, w imieniu SM UPR, w programie "Młodzież kontra"? Proszę chociaż w kilku zdaniach napisać coś o każdym.

Konrad, którego już przywoływałem, wyróżnia się zawsze błyskotliwością i refleksem polemicznym. Lubi ostro polemizować i zarazem podkreśla swe liberalne poglądy, co pozytywnie podważa stereotyp utożsamiający liberalizm z mięczakowatym tolerancjonizmem. Z drugiej strony mamy równie twardy głos konserwatywny w osobie Dominiki Sibigi. Ją także cechuje ideowość i odwaga w wypowiadaniu swych przekonań, więc łącznie wychodzi nam ciekawa, liberalno-konserwatywna polifonia, nie wspominając o fakcie, że Dominika podnosi estetyczny poziom naszej reprezentacji w programie. ;)

Pod względem temperamentu polemicznego Konradowi i Dominice nie ustępuje Dobromir Sośnierz ze śląskiej UPR. A czasem nawet ich przewyższa, co widać było w pamiętnym odcinku z udziałem Sławomira Sierakowskiego. Jego regularny udział w programie przypomina też zresztą wszystkim zainteresowanym, że nasze miejsca w programie są otwarte dla chętnych z wszystkich Sekcji w Polsce, nie tylko dla osób z Krakowa.

5. Ogólnie schemat dojścia do tak dobrze funkcjonującego Oddziału:
a) sposoby finansowania i zdobywania pieniędzy, sponsorów
b) sposoby docierania do ludzi, przede wszystkim sposoby werbowania nowych członków/sympatyków
c) sposoby zarządzania ludźmi - np. wydawanie czynności do wykonania, motywowanie do działania itd.
d) sposoby kontaktu z mediami - czyli jak zrobić by o nas pisali/gadali.

Dokładna odpowiedź na te pytania wymagałaby obszerności podręcznika. Z konieczności w tym miejscu ograniczę się do kilku wybranych i najczęściej dość ogólnikowych wskazówek.

a) Nie mam uniwersalnych rad. Prośbą i groźbą. ;)

b) Po pierwsze: ciągłe gromadzenie danych kontaktowych sympatyków, którzy chcą być informowani o działaniach partii - najlepiej poprzez wykładanie specjalnych list "zadeklarowanych sympatyków" (z wpisanym kontaktem, zwłaszcza mailowym, wraz z potwierdzeniem zgody na gromadzenie tych danych) przy wszelkich nadarzających się okazjach: podczas zbierania podpisów poparcia przy każdych wyborach (na wystawionym w tym celu publicznie stoliku), podczas otwartych spotkań, a także na stronie internetowej oraz pośród ludzi, których delegujemy do komisji wyborczych; trzeba przy tym informować, że tylko wtedy chcemy kontaktu, jeśli oni sami koniecznie tego chcą.

Należy gromadzić osobno kontakty sympatyków "zadeklarowanych" - bo namawianie byle kogo i gromadzenie ich danych daje bardzo kiepskie efekty - oraz cyklicznie organizować jakieś działania, na które będą oni zapraszani. Inaczej zapał szybko wygaśnie, a kontakty umrą śmiercią naturalną. Trzeba także starać się uaktualniać te dane i gromadzić je przez dłuższy czas.

Po drugie: werbunek poprzez indywidualny kontakt, w gronie znajomych - to zwykle najskuteczniejsza metoda. Nie ma lepszego sposobu na integrację potencjalnych sympatyków, niż wspólna zabawa i spotkania towarzyskie. Często więź emocjonalna pomaga też szybciej przyswajać idee.

Po trzecie: metoda "wchodzenia" do szkół, gdzie ciągle czekają zasoby stosunkowo otwartych umysłów, nie zindoktrynowanych jeszcze przez ideologów państwowego establishmentu. Przychylność choć jednego nauczyciela to klucz do sukcesu. Za pretekst może posłużyć zorganizowanie lekcji ekonomii na temat podstawowych pojęć i zjawisk ekonomicznych, jak pieniądz, handel, rynek itp., spotkania z kimś ciekawym lub dyskusji polityków z różnych partii. Przed referendum unijnym pod szyldem krakowskiego KoLibra udało się w ten sposób przeprowadzić w liceach program informowania o UE.

c) Tutaj również trudno o uniwersalne rady. Wszystko zależy od indywidualnych cech organizatora oraz specyfiki ludzi, którymi mu przychodzi zarządzać. Na pewno warto powalczyć o każdego, pamiętać, że każdy nowy członek jest cenny, że powinien być przyjęty ze starannością i żywym zainteresowaniem. Każdemu trzeba dać się wykazać w czymś, co będzie potrafił dobrze i z pożytkiem zrobić. Nie wolno nam zaniedbać nikogo.

d) Przede wszystkim zebranie wszystkich faksów i maili do lokalnych mediów i wysyłanie swoich opinii na tematy bieżące w postaci krótkich, gotowych "newsów" oraz zapraszanie na imprezy z naszym udziałem. Warto utrzymywać jak najlepsze stosunki z redaktorami i całymi redakcjami: gdyby nie dobre relacje z dziennikarzami krakowskiej telewizji, może nie byłoby nas np. w programie "Młodzież kontra". Należy pamiętać, że na poziomie lokalnym polityka w sensie państwowym i ideologicznym nie odgrywa takiej roli, jak w mediach centralnych - anatema na UPR nie jest już tak rygorystycznie przestrzegana, a media nie mają często aż tylu wydarzeń do opisania, by pozwolić sobie na zlekceważenie naszych działań.

Dobre praktyki, ciekawe pomysły, które działają i dały pozytywny efekt i były składową sukcesu.

Tu znowu ciężko przesądzać, czy to, co zrobiliśmy okaże się uniwersalne i da wszędzie jednakowe efekty. Na pewno bardzo ważne są organizowane cyklicznie spotkania na rozmaite tematy; dużą rolę odgrywa prestiż prelegentów. Najlepiej w stałym zaprzyjaźnionym miejscu dla uniknięcia kosztów i kłopotów organizacyjnych, no i zniechęcenia się. To nie musi być bardzo reprezentacyjne miejsce; w restauracjach można się dogadać, bo oni liczą na reklamę knajpki.

Spotkania otwarte to klucz do świadomości społecznej w warunkach lokalnych. Pozwalają one wychwycić ludzi wybijających się aktywnością: skoro chce im się wałęsać, to znaczy, że coś interesuje ich bliżej, nie tylko z telewizji. Nie należy jednocześnie zaniedbywać spotkań organizowanych przez inne organizacje, gdzie zawsze można mniej lub bardziej podłączyć się w charakterze pomocnego współorganizatora. Wypada je traktować jako źródło danych kontaktowych (krążące po sali listy obecności), które będzie można wykorzystać przy własnych akcjach. Można też często otwarcie zareklamować tam swoje spotkanie. O spotkaniu trzeba oczywiście wcześniej powiadomić jak największą liczbę mieszkańców poprzez informacje w lokalnych mediach i plakaty informacyjne, nawet proste, rozklejone w dużych ilościach.

Warto ponadto zostawiać kopię składanych zgłoszeń do komisji wyborczych na przyszłe lata; tutaj ważny jest wpisany kontakt adresowy - wysłanie listów z formularzem na podpisy w zamian za powtórne miejsce w OKW.

Gratuluję zbudowania silnej pozycji SM UPR wśród krakowskich młodzieżówek partyjnych. Jednak - uważając, że nie można spocząć na laurach - chciałbym zapytać, czy ma Pan pomysł na dalszy rozwój, ściągnięcie do UPR jeszcze większej liczby osób, rozszerzenie działalności poza występy w programie "Młodzież kontra" oraz udział w debatach?

Przede wszystkim niekoniecznie trzeba szukać nowych jakościowo pomysłów, a raczej te już wypróbowane wykorzystywać bardziej i lepiej. Uważam także, iż wyzwaniem na przyszłość jest, ogólnie rzecz biorąc, rozbudowa własnych kanałów medialnych, ale jest to zadanie przekraczające ramy młodzieżówki.

Jakie są perspektywy stworzenia SM w innych miastach Okręgu? Swego czasu UPR mocny był na przykład w Tarnowie, czy w Bochni.

Oddział w Tarnowie za prezesury Wojciecha Popieli był najlepszym w Polsce i tam też powstała pierwsza Sekcja Młodzieżowa. Obecnie powstaje Sekcja w Nowym Sączu. Ja oczywiście mam ambicje "szerokiej ekspansji terytorialnej" ;) - chciałbym, żeby w niedalekiej przyszłości Sekcje Młodzieżowe UPR powstały w każdym większym mieście Małopolski, niechby i małe, ale prężnie działające. Każdy zainteresowany tworzeniem nowej Sekcji, może kontaktować się ze mną za pomocą maila radek.franczak@poczta.fm lub też telefonicznie: 605 148 023

Jak układa się współpraca z innymi organizacjami młodzieżowymi w Krakowie?

a) Forum Młodych PiS - w początkach istnienia Sekcji, kiedy nie była ona jeszcze dostatecznie mocna, współpracowaliśmy z nim na tyle, na ile pozwalały oczywiście rozbieżności programowe. Od tamtej pory wzmocniliśmy się dość, by działać w pełni samodzielnie, a nawet stanowić alternatywę dla innych organizacji. Z FM PiS przeszła do SM UPR znana z "Młodzież kontra" koleżanka Dominika.

b) Młodzi D**okraci - lub jak kto woli, "Młodzi Degeneraci" (tak podobno określił ich sam poseł Gowin) - to z kolei zbiorowisko bezideowych "teczkonosów", których pojęcie o polityce kończy się na wyobrażaniu sobie własnego tyłka na złotodajnym stołku. Nie ma wśród nich z kim współpracować, nawet potencjalnie.

c) Młodzież Wszechpolska i Ruch Młodych LPR - w dzień ratyfikacji europejskiej konstytucji, dla niepoznaki zwanej "Traktatem Reformującym", zorganizowaliśmy razem pikietę. MW jest niejednorodna ideowo i posiada kilka różnych frakcji, w tym narodowo-liberalną, bliską poglądom Stanisława Michalkiewicza, i narodowo-radykalną, zorientowaną etatystycznie. Z mojej prywatnej statystyki wynika, że wśród osób myślących o ekonomii (a siłą rzeczy w organizacji tego typu nie muszą być to wszyscy) w MW jest mniej więcej dwukrotna przewaga pierwszej frakcji. To daje nadzieje na wspólne działania w przyszłości.

d) KoLiber - współpraca jest ugruntowana, stabilna i układa się dobrze.

e) Sekcja Rycerska "Lepanto", Krucjata - Młodzi w Życiu Publicznym, czyli organizacje młodzieżowe Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi. W sierpniu wzięliśmy udział w pikiecie pod hasłem "Nie przenoście nam dewiacji do Krakowa!", przeciwko publicznemu finansowaniu specjalnych kampanii promocyjnych adresowanych do homosiów. Zachęciliśmy także Okręg Mazowiecki do uczestnictwa w warszawskiej pikiecie, "Dość mordowania chrześcijan w Indiach".

f) Klub Austriackiej Szkoły Ekonomii przy Instytucie Misesa - świetna organizacja, tworzona m.in. przez członków UPR, z którą w ubiegłym roku organizowaliśmy wspólne wykłady i spotkania. O jej klasie niech zaświadczy fakt, że krakowski senator PO (wywodzący się z UPR) właśnie KASE poprosił o edukowanie ekonomiczne młodych Platformersów.

g) organizacje tzw. libertarian obywatelskich (civil libertarians), jak Forum Liberalne i Projekt Polska (nowe wcielenie Młodego Centrum, młodzieżówki dawnej UW). Z powodu bariery ideowej ścisłe współdziałanie nie jest możliwe. Jednak w organizowanych przez tych drugich (pod patronatem krakowskiego "Dziennika Polskiego" oraz portalu Interia.pl) debatach z cyklu "Salon Młodych", dwukrotnie SM UPR brała udział (zob. http://pl.youtube.com/watch?v=SxhKtIkntWs).

h) w kilku studenckich organizacjach UPR ma swoich sympatyków, powstanie kilku innych było nawet przez nich inicjowane. Taką postawę i pozycjonowanie się wolnorynkowców w organizacjach pozarządowych i pozapartyjnych zalecał von Hayek jako jedyną realną możliwość oddziaływania na politykę dla tego środowiska.

Jakie widzi Pan zagrożenia wypływające z centralizacji Sekcji Młodzieżowych?

Centralizacja młodzieżówek oznacza wyodrębnienie nowego, alternatywnego pionu organizacyjnego w partii. Doświadczenia z dwoma już "KoLibrami", ale także np. z "Młodymi D**okratami" pokazują, że taka podwójna struktura nie jest stabilna i dodatkowy pion ma tendencję odklejania się od macierzystej organizacji i zrywania pępowiny na mocniejszych zakrętach. Jeśli chcemy zabezpieczyć się przed kolejną lekcją, musimy pozostać przy podporządkowaniu Sekcji Młodzieżowych Okręgom.

Jak układa się współpraca Sekcji krakowskiej z innymi Sekcjami?

Okazją do poznania się były przede wszystkim zjazdy młodzieżówek. Ze swojej strony staramy się udostępniać miejsce w "Młodzież kontra" innym Sekcjom, czy pojedynczym UPR-owcom z całej Polski. Mieliśmy już gości z Zakopanego, Katowic, Ciechanowa, Gliwic, Warszawy, Sosnowca i Poznania. Z Sekcją warszawską wydaliśmy wspólne oświadczenie w ramach akcji na rzecz lustracji środowisk akademickich, relacjonowane w "Rzeczpospolitej".

Nasze szanse w wyborach zależą między innymi od postawy lokalnych struktur - czy przyzwyczają się biernie czekać na Warszawę, czy będą aktywnie budować siłę w terenie, także w bezpośrednich kontaktach między sobą. Nie jesteśmy partią starego typu, tylko partią ludzi wolnych. Rzeszów nie potrzebuje centrali, żeby współpracować z Bochnią. Byle tylko nie wychodzić przed orkiestrę i zachować zdrowy rozsądek.

Proszę wymienić najbardziej spektakularne zwycięstwa na argumenty w bojach erystycznych, które ma na swoim koncie krakowska Sekcja.

Chlubne karty zapisuje w tej dziedzinie Konrad Berkowicz. Najlepsze jego występy z "Młodzież..." można oglądać na TyTubie, np. potyczki z Ministrem Skarbu Aleksandrem Gradem (zob. http://youtube.com/watch?v=zzNY5XNUV7Y), a najgłośniejszy, w którym błyskotliwie ośmieszył rozrzutność młodzieżówek partii "kartelowych" (finansowanych z budżetu), zabierając bezpańskie pieniądze ze stołu (zob. http://youtube.com/watch?...ature=related), opisały ogólnopolskie media elektroniczne, w tym Onet.pl.

Nie ograniczamy się oczywiście do walki przed kamerami i staramy się tępić socjalistyczne wynurzenia także na terytorium wroga, uczestnicząc w lewicowych spędach i zapobiegając bezkonfliktowemu przyklaskiwaniu wszystkim wygadywanym tam propagandowym bzdurom. Paradoksalnie, wzorem mogą być tutaj KOR-owscy "komandosi" (m.in. Michnik, Kuroń, Modzelewski), którzy przychodzili na spotkania partyjnych politruków ze studentami. Byli detalicznie przygotowani, każdy miał swój odcinek, reżyserowali przebieg zawczasu, siadywali w różnych punktach sali i zadawali prelegentom ogromnie niewygodne pytania.

Dlaczego nie odbył się zjazd Sekcji Młodzieżowych UPR, który miał na jesieni zorganizować Kraków?

Nie odbył się, ponieważ nie udało się na czas ustalić dogodnego dla wszystkich terminu, a uznaliśmy, że organizowanie go w zimie mijałoby się z celem. Dlatego prawdopodobnie odbędzie się jednak na wiosnę.

U części sympatyków UPR daje się zauważyć fascynację agoryzmem. Co Pan, jako "przedstawiciel anarchokapitalistycznego nurtu wewnątrz partii", sądzi o tej doktrynie. Gdzie tak właściwie leży granica między agoryzmem a anarchokapitalizmem?

Sądzę nienajlepiej. Agoryzm to anarcho-kapitalistyczna lewica, która wprawdzie zgadza się z postulatem całkowitej eliminacji państwowego interwencjonizmu i dobrowolności wszelkich działań, ale kładzie akcent na tradycyjnie lewicową problematykę (równość, wyzysk, prawa kobiet, dyskryminacja homosiów itp.) - ową dobrowolność stara się więc rozumieć nie tylko w sensie formalnym, ale także jako wyzwolenie od ucisku prywatnego. O ile taki stosunek do państwa jest zasadniczo zbieżny z poglądami np. moimi, to agorystyczna wizja anarchii (ja sam wolę pojęcie ładu naturalnego - natural order) jest już nie do przyjęcia i przypomina bardziej dobrowolny socjalizm, niż wolnorynkowy kapitalizm. Nie ma w niej miejsca np. dla pracy najemnej ani żadnej innej formy hierarchii, co w istocie jest ekonomiczną herezją i tak naprawdę wypacza sens wolnego rynku.

Agoryzm jest ponadto odrażający moralnie, w swoim permisywizmie twierdzi, że ludzie mogą czynić wszystko, co chcą, i nikt nie ma prawa się w to wtrącać, oraz za Rothbardem, którego agoryści uważają za swojego protoplastę (inaczej niż sam Rothbard), uznaje także prawo do mordowania ludzi (czy nazywają się one morderstwami, czy dla niepoznaki np. aborcją). Te elementy u agorystów uniemożliwiają współpracę i ośmieszają cały ruch libertariański. Aczkolwiek trzeba przyznać, że sprawdzają się oni jako etap pośredni w pozyskiwaniu lewicowców dla libertarianizmu, a przynajmniej w odwodzeniu ich od wprowadzania idei lewicowych drogą państwową.

Agorysta nie może być zwolennikiem UPR, ponieważ agoryzm (przynajmniej w czystej postaci) odrzuca głosowanie i wszelkie inne metody udziału w życiu państwa ("żeby nie legitymizować systemu"). Ja - i siłą rzeczy chyba wszyscy w UPR - uważam, że faktycznie pośrednim rezultatem wyboru takiej postawy jest w tym przypadku oddanie walkowerem pola zwolennikom większego interwencjonizmu. UPR jest jedyną partią autentycznie minarchistyczną i liberalną - bo w polityce można dojść jedynie do tego poziomu (w ładzie naturalnym nie ma mowy o polityce włączonej w system anarchizmu prywatnej własności) i będę szczęśliwy jeśli choć tyle uda się osiągnąć. W myśl chińskiego przysłowia: podróż na tysiąc mil zaczyna się od pierwszego kroku.

Dlaczego anarchokapitaliści odczuwali przynajmniej w latach 60-tych wspólnotę interesów ze skrajnymi lewakami, typami pokroju Cohn-Bendita?

Mówienie ogólnie o anarcho-kapitalistach jest w tym momencie zbyt daleko idącą generalizacją - ale owszem, zdarzyło się Murray’owi Rothbardowi, Karlowi Hessowi i paru innym libertarianom zbłądzić w takie rejony po tym, jak w łonie Partii Republikańskiej zwyciężyło stronnictwo "Rockefeller Republicans", militarystyczne i interwencjonistyczne, a oni ze swoimi poglądami poczuli się w niej odosobnieni i izolowani. Te elementy, których brak najdotkliwiej odczuli u Republikanów odnaleźli w ruchu "Students for a Democratic Society", organizacji Nowej Lewicy, będącej konglomeratem bardzo rozmaitych poglądów: od czysto anarchistycznych do liberalnych - socjald**okratycznych według europejskiego klucza.

Osią tego osobliwego mezaliansu był sprzeciw wobec amerykańskiej zimnowojennej polityki i spraw z tym związanych. Sojusz nie przetrwał jednak długo, Rothbard prędko pożałował tej decyzji, pojednał się z Republikanami i "prawicową ekstremą" (secesjoniści z Południa) i odciął od New Left (i kto tu powinien mieć z nim problem - ja czy agoryści, tudzież inni lewicowi libertarianie?). Uważać to więc wypada za okazjonalny epizod w historii libertarianizmu, a nie reprezentatywną dla całego ruchu postawę, z której libertarianie wszystkich czasów musieliby się tłumaczyć. Należy raczej wierzyć, że naturalnym oparciem dla libertarianizmu jest konserwatyzm - i odwrotnie: bo właśnie konserwatywne wartości zabezpieczają libertariański ład naturalny, chroniąc przed podwyższaniem się preferencji czasowej, a wolne społeczeństwo niejako naturalnie wyłoni i będzie sprzyjało postawom konserwatywnym. Jak powiedział Reagan, I believe the very heart and soul of conservatism is libertarianism.

Czy w UPR jest miejsce dla młodych konserwatystów-patriotów? Zdaje się, że wśród młodszego pokolenia: członków SM i sympatyków, przeważają sympatie libertariańskie oraz anarchistyczne. Jaki jest Pana pomysł na partię? Wąska, bardzo ideowa grupa, związana z jednym nurtem, czy szersza platforma dla osób o poglądach, nazwijmy to, prawicowych? Jeśli to drugie, to jak pogodzić patriotów czy monarchistów z anarchistami?

Póki co, zarówno radykalni konserwatyści, jak i libertarianie to nisza. UPR jeśli ma ambicję szerszego oddziaływania, musi reprezentować szeroki front i ograniczony konsensus. Współpraca konserwatystów i wolnościowców jest dobrze ugruntowana i wsparta licznymi przykładami, nieraz spektakularnymi (szkoła chicagowska, wspierająca reformy Pinocheta w Chile, konserwatysta amerykański Goldwater, współpracujący z Rothbardem i Rand). Były też oczywiście równie spektakularne wyjątki, ale jak już wyłożyłem we wcześniejszym pytaniu, uważam sojusz konserwatywno-libertariański nie tylko za naturalny, ale wręcz konieczny. Ostatecznie, jak pisał śp. Stefan Kisielewski, założyciel UPR: powłoka balonu zszyta z kawałków silniejsza jest niż zrobiona z jednej sztuki - podobnie ma się rzecz ze światopoglądem.

Czy mógłby Pan krótko określić swoje stanowisko/poglądy w trzech sprawach:
a) lustracji,
b) stosunków z Rosją,
c) Euro 2012.

a) Zadanie państwa kończy się na ujawnieniu zawartości archiwów bezpieki, a nie na dociekaniu prawdy materialnej w każdej sprawie. To, czy i jakie wnioski ludzie na tej podstawie wyciągną jest ich sprawą i rząd nie jest od tego, by wydawać im w tej sprawie wytyczne. Ludzie mogą uznać, że to stek fałszywek albo wierzyć bez zastrzeżeń, mogą potępiać albo chwalić, mogą nawet powołać Fundację IPN, która to będzie rozstrzygała - ale za swoje pieniądze.

PiS w rzeczywistości obstruował prawdziwą lustrację i pozostawiał podległym rządowi instytucjom prawo ferowania wyroków - po długich i kosztownych badaniach. W ten sposób zapewniał sobie tylko możliwość nacisku i lojalność zagrożonych. Przypomnijmy żelazne prawo siepaczy postępu: Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością, G. Orwella ("1984"). Trzeba też zauważyć, że obecnie coraz większym utrapieniem są współpracownicy - aktywni lub byli - UOP/ABW i WSI, czyli praktycznie każdy bardziej znany dziennikarz lub człowiek mediów - casus Waltera i Solorza daje wiele do myślenia.

b) Rosja to kraj barbarzyński (mimo słowiańskiego pokrewieństwa), obcy w stosunku do nas pod wieloma względami. Ale to też jedno z ostatnich państw, które do demoliberalizmu i prawoczłowieczyzmu nie ma najmniejszej sympatii. Osobiście cenię sobie bardziej ideały amerykańskiej konfederacji. I izolacjonizmu, jakkolwiek bardzo trudno w naszej sytuacji geopolitycznej by było go zaaplikować.

Mając do wyboru sojusz z Rosją i z UE, nie możemy się kierować sentymentami. A prawda wygląda tak, że w interesie Rosji jest tylko pozyskanie sojusznika w regionie, natomiast inżynieria społeczna UE chce naszych umysłów. W tej sytuacji o wiele mniej kosztowne i upokarzające wydaje się partnerstwo z Rosją, która przynajmniej nas nie zaanektuje (przykład Białorusi jest tu znaczący), a Unia owszem i tak.

c) Stadiony zamiast masła - tyle mam do powiedzenia. Nie stać nas (a co dopiero Ukrainę) na utopienie w przybytkach jednorazowego użytku miliardów złotych i pracy wielu ludzi, którzy w tym czasie wytworzyliby rzeczy bardziej potrzebne i pożyteczne. EURO od ponad dziesięciu lat nie generuje organizatorom zysków, więc nie bardzo wiem, skąd tyle w narodzie radości. Nasza determinacja w tym względzie ma jednak charakter nie tylko prestiżowy - dla pewnej liczby dobrze ulokowanych osób jest to z pewnością interes życia i okazja do śmielszego niż zwykle sięgnięcia do kieszeni innych ludzi. Stąd zrozumiały entuzjazm dla tej jakże sportowej idei, by dopłacać do rozrywki dla reszty Europy.

Jaki młodzieżówka UPR ma stosunek do Żydów i żydowskiego totalitaryzmu? Pytanie wynika z lokalizacji młodzieżówki UPR w najbardziej po Łodzi zażydzonym mieście Polski (więcej policjantów Mossadu, niż polskiej policji), w którym istnieje "Europejska Dziura Powietrzna" w Balicach całkowicie kontrolowana przez Żydów i Mossad. Przez tę "Dziurę" z Polski wylatuje dosłownie wszystko od bandytów, przez dzieła sztuki, aż do młodych Polek porywanych z dyskotek i uprowadzanych na sprzedaż do krajów Azji i Afryki (moja koleżanka została w ten sposób uprowadzona z dyskoteki w Polanicy Zdroju 6 lat temu i do dziś się nie odnalazła). W 1989 roku jesienią samolotem PLL LOT do Tel Awiwu wyleciały dzieła sztuki, zabytkowe przedmioty i księgi wieczyste miasta Kraków i dotychczas nie wróciły.

Albo moja wiedza w tych sprawach nie jest wystarczająca do udzielenia odpowiedzi, albo - co z pewnych względów wydaje mi się bardziej prawdopodobne - pytanie zawiera zbyt wiele konfabulacji, aby taka odpowiedź miała sens. Ze swej strony zapewniam, że chociaż mieszkam w Krakowie całe życie, jeszcze nigdy nie uświadczyłem tu widoku porywania niewinnych ludzi z ulicy przez osobników w kominiarkach, spod których wystawałyby pejsy.

Moje pytanie dotyczy ras, a raczej tego, co rasa czarna wyprawia w każdym kraju, gdzie się zjawi, pomijam ogromne różnice genowe wykształcone na drodze ewolucji przez tysiące lat. Czy uważa Pan, że gdy Unia Jewropejska zrealizuje w naszym kraju swój projekt zabicia tożsamości narodowej i stworzenia nam multikulturowego państwa, unikniemy konfliktów etnicznych jakie miały miejsce (i ciągle mają) w USA, zamieszki we Francji, okradanie i tak już pokrzywdzonych ludzi podczas tsunami w Nowym orleanie. Wszędzie gdzie są, są z nimi problemy, staram się być obiektywny, ale matematyki nie oszukam, liczę i liczę i każdy nawet tolerancyjny znajomy, po powrocie z USA staje się rasistą.

Problem rasowy jest tylko elementem tego zagadnienia. Oczywiście nie jest przypadkiem, że niemal wszystkie największe cywilizacje w historii tworzyli ludzie rasy białej i że to właśnie cywilizacja europejska podbiła w końcu świat. Zależność między rasą a kulturą jest wyraźna i trudna do zignorowania dla każdego kto spojrzy na to bez uprzedzeń. Natomiast taki, a nie inny kształt obecnej emigracji i integracji kulturowej jest bardziej skutkiem polityki, prowadzonej przez rządy niż nieuniknionym efektem różnic rasowych.

Przede wszystkim imigracja jest zawyżana z powodu socjalnych gwarancji, które sztucznie obniżają naturalne ryzyko związane z przeprowadzką na drugi koniec świata. Zbyt gwałtowny napływ obcego kulturowo elementu uniemożliwia jego pełną asymilację. Jednocześnie polityka socjalna wpływa też na kształt imigracji, podnosząc w niej udział osób nastawionych niekoniecznie na pracę i asymilację, ale może bardziej na pasożytnictwo i nonszalancję wobec gospodarzy. Z całą pewnością państwo opiekuńcze wytwarza takie właśnie kłopotliwe mniejszości, a w każdym razie podsyca ich potencjał destrukcyjny.

Witam. Chciałbym, aby wyjaśnił Pan, jako zwolennik Hansa Hermanna Hoppe, dlaczego monarchia jest najlepszym ustrojem i czy jest najlepszym z możliwych, czy zaledwie lepszym od demokracji. Proszę przekonać też mnie, skrajnego indywidualistę i osobę niezdolną do podporządkowywania się, że monarcha jako właściciel państwa nie będzie jednocześnie moim właścicielem lub panem feudalnym.

Dla anarcho-kapitalisty ustrojem "najlepszym" jest oczywiście system całkowicie prywatnego prawa (ład naturalny), stąd nie mogę jednocześnie przyznawać tego tytułu monarchii i być uważany za typowego monarchistę (to znaczy nie usprawiedliwiam monarchii za wszelką cenę, choć oczywiście przywitałbym z radością jej powrót, gdyby był on możliwy). Monarchia jest odpowiedzią na pytanie, jakie ma być państwo, jeśli już jakieś być musi. Argumentacja Hoppego w tym względzie powinna właśnie trafiać do indywidualistów i osób niechętnych ograniczaniu jednostkowej wolności, gdyż wykazuje, że właśnie monarchia (a więc koncepcja prywatyzacji władzy) sprzyja ograniczaniu negatywnych skutków istnienia terytorialnego monopolu państwa.

Zarówno królowie i prezydenci będą produkować "zła", choć król, z powodu, że jest "właścicielem" monopolu, który może sprzedać czy przekazać potomnym, będzie raczej troszczył się o reperkusje swoich działań w ważkich kwestiach. Jako właściciel całego pakietu akcji do "swojego" terytorium, król będzie porównywalnie bardziej zorientowany w przyszłość. W celu zachowania, czy zwiększenia wartości swojej własności, będzie ją eksploatował niezbyt mocno, z pewnym wyrachowaniem (cytat za http://miasik.net/articles/hoppe.html). Jego motywacja do doraźnego łupienia i przekupywania poddanych ich własnymi pieniędzmi, w sposób w jaki nagminnie czynią to przejściowi i wymienialni zarządcy d**okratyczni, jest wobec tego wyraźnie osłabiona - zwłaszcza, że monarcha nie jest zmuszony regularnie zabiegać o przychylność swoich poddanych. Do spokojnego panowania wystarcza mu, żeby zbyt wielu z nich (lub tych krewnych, którym zależy na własności dynastii) nie chciało go zrzucić z tronu. Paradoksalnie, właśnie brak wpływu na władzę jest dla poddanych najlepszym zabezpieczeniem przed opresją z jej strony - i odwrotnie, to właśnie udział poddanych w procesie wyłaniania władzy jest narzędziem dla nich samych destrukcyjnym.

Oczywiście, jak w każdym systemie państwowym, tak i w państwie o monarchicznej formie rządów, jesteśmy do pewnego stopnia niewolnikami. Lepiej jednak być niewolnikiem prywatnym niż publicznym - nawet jeśli publiczność zawiera nas samych, to mamy jedynie mniejszościowy pakiet udziałów i w rezultacie każda większa grupa interesu, może przegłosować, że dobrym pomysłem jest nas kopnąć. Prywatny właściciel niewolników, poza rzadkimi przypadkami szaleńców, nie ma powodu kopać i niszczyć swojej własności, skoro może jej użyć w sposób bardziej racjonalny, nie obawiając się, że jeśli nie przydusi jej dzisiaj, to jutro ktoś go ubiegnie.

Historia pokazała, że d**okratyczna forma rządów nie przyniosła, ani nawet nie obroniła obiecywanej wolności i praw jednostki, które to powołała na swój sztandar. D**okracja przyniosła ucisk niepojęty dla człowieka sprzed rewolucji i wojny najkrwawsze w historii ("totalne"). Hoppe podaje, dla przykładu, że W trakcie trwania epoki monarchicznej, w okresie przed I Wojną Światową, wydatki rządowe, rozumiane jako procent PKB, rzadko przekraczały 5%. Od tamtego czasu wzrosły one średnio do 50%. Przed I Wojną Światową rządy zatrudniały zwykle mniej niż 3% pracującej populacji. Od tamtej pory odsetek ten wzrósł do poziomu 15-20%. Era monarchiczna wiązała się z pieniądzem kruszcowym (złotem), którego siła nabywcza stopniowo rosła. Dla odmiany, era demokratyczna jest erą pieniądza papierowego, którego siła nabywcza nieustannie maleje. Królowie stale pogrążali się w długach, jednak podczas okresów pokoju zwykle je spłacali. W czasach demokracji długi rządów, zarówno podczas wojny, jak i pokoju, wzrosły do niewiarygodnych rozmiarów.

Oczywiście raz jeszcze podkreślam, że według mnie najlepiej nie być niczyim niewolnikiem. I stąd ład naturalny.

Proszę odnieść się do mojego poglądu przeciwnego Hoppemu, który twierdzi, że monarcha jako właściciel państwa dba o niezubożenie swej własności w celu przekazania jej następcy w możliwie jak najlepszym stanie, podczas gdy historia całego świata - z małymi wyjątkami - jasno pokazuje, że monarchowie zwykle zajmowali się przepijaniem pieniędzy poddanych w towarzystwie aktualnych faworyt. Czy nie razi Pana wyrywkowe podejście Hoppego do historii?

Przedostatnie zdanie dobitnie świadczy, że pytający, wbrew własnym zapewnieniom, abstrahuje od analizy historii, a opiera się na pewnym publicystycznym schemacie, stworzonym i propagowanym od dwóch stuleci przez głosicieli doktryn odrzucających monarchię. Słowa ideologów zwykle słabo wiążą się z rzeczywistością. Monarcha jest przygotowywany do nieuchronnego objęcia władzy przez całe życie, dlatego nawet jeśli z urodzenia jest niezbyt inteligentny, mało zdolny czy słabego charakteru, ten długoletni i wieloetapowy proces formacyjny pozwala zawsze w znacznej mierze nadrobić te braki. Dla porównania w państwie d**okratycznym, gdzie od członków elity politycznej nie jest wymagana zupełnie żadna formacja duchowa czy intelektualna, wszystkie ludzkie wady i słabości rozkwitają u rządzących w pełni. W istocie przeciętny monarcha był zawsze znacznie lepiej wykształcony i nieporównywalnie bardziej kompetentny od przeciętnego d**okratycznego przywódcy państwa. Gdyby ktoś pokusił się o sporządzenie swoistej statystyki, zobaczylibyśmy, że liczba szkodliwych władców wśród monarchów proporcjonalnie nie jest wysoka - w przeciwieństwie do szkodliwych władców d**okratycznych.

Niezgodny z prawdą jest również pogląd, jakoby monarchowie mieli "przejadać" fundusze z podatków - ponieważ utrzymanie monarchy nie było z nich finansowane. Instytucja "listy cywilnej", czyli części wpływów do budżetu zarezerwowanej na utrzymanie dworu, pojawiła się dopiero w XIX wieku w monarchiach konstytucyjnych, jako wyraz d**okratyzacji państwa monarchicznego (czyli uzależniania, w tym przypadku finansowego, monarchy od parlamentu); wcześniej utrzymanie dworu zawsze finansował sam monarcha za pomocą dochodów z własnego majątku rodziny królewskiej i podatki nie miały z tym nic wspólnego.

Mija się z prawdą również zdanie o "przepijaniu" posiadanych środków przez monarchów, chyba że rozumieć przez to marnowanie przez nich ogromnych, prywatnych funduszy na takie rzeczy jak: dobroczynność względem ubogich, fundowanie kościołów, szpitali, szkół, instytucji prywatnej opieki społecznej czy stypendiów dla uczonych i dla chcących się kształcić. Z kolei dzięki mecenatowi monarchów powstała właściwie cała wielka europejska sztuka; ich mecenat artystyczny odgrywał dla jej rozwoju fundamentalną rolę jeszcze na początku XX wieku. Wyższość monarchów potwierdzają nawet kanony estetyczne: proszę porównać finansowane przez nich prywatnie wielkie dzieła sztuki ze zdegenerowaną "sztuką" współczesną, finansowaną przymusowo z podatków przez d**okratyczne państwa. A co do faworyt, to przed dokonaniem ścisłego rachunku nie zakładałbym się, jakich monarchów było najwięcej: rozpustnych, słynących z surowej moralności czy prowadzących zupełnie przeciętne życie towarzyskie - sam mogę przytoczyć dziesiątki przykładów tych dwóch ostatnich przypadków.

Tym niemniej podstawę metodologiczną Szkoły Austriackiej stanowi przedkładanie dedukcji poprzez logikę nad wyciąganie wniosków z empirii - fakty historyczne bez posiadania apriorycznej teorii ekonomicznej nie świadczą o niczym i nie są w stanie dać odpowiedzi na pytania o przyczynowo-skutkowe powiązanie opisywanych zjawisk. Problemem w ekonomii jest obfitość chaotycznych, złożonych i wszechstronnie powiązanych faktów przy jednoczesnym braku możliwości uzyskania wartościowych danych eksperymentalnych poprzez systematyczne izolowanie różnych czynników. Nie mamy tutaj szans na powtarzalność eksperymentu, bo wszystkie wydarzenia historyczne są jednorazowe, nie możemy dochować podstawowych rygorów metodologicznych - bo jak tu np. utrzymać kanon jedynej różnicy, kiedy zawsze porównywane zdarzenia różni albo unikalne miejsce, albo czas ze wszystkimi niepowtarzalnymi okolicznościami, albo najczęściej jedno i drugie. Takie dane zawsze można interpretować rozmaicie, a odpowiednio nimi żonglując dowodzić jawnie absurdalnych tez - czy to nieskuteczności kary śmierci, czy np. związku podatków ze wzrostem bogactwa.

Dlatego też "austriacy" są programowo aprioryczni - operują na idealnych modelach i stosują logiczną dedukcję, a dopiero tak uzyskanej teorii używają do wyjaśniania faktów historycznych. Daje to, jak się łatwo przekonać, o wiele lepsze i bliższe prawdy rezultaty niż podejście odwrotne, gdzie pozorne zależności bierze się za podstawę do daleko idących wnioskowań, choćby jawnie sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem. W bezładnej mozaice faktów każdy bowiem dopatruje się tego, czego chce, tak jak i każda kultura widziała w tych samych gwiazdach własne gwiazdozbiory i własnych bohaterów. Stąd też te same fakty, które posłużyły marksistom do uzasadniania dialektyki historii, Fukuyamę prowadzą do wniosków całkiem innych.

Po prostu na zjawiska dotyczące ludzkiego działania wpływa zbyt wiele czynników, by określić, co przesądziło o takim, a nie innym rozwoju faktów. Jeśli więc fakty zdają się przeczyć temu, co możemy wywieść dedukcyjnie, to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością wpłynęły na to inne czynniki, pominięte w rozumowaniu, a więc z naszego punktu widzenia przypadkowe. Logiczne rozumowanie dowodzi bowiem, że prywatyzacja władzy obniża preferencję czasową i tym samym zmniejsza prawdopodobieństwo złego zarządzania. Jeśli mimo to złe zarządzanie ma miejsce, oznacza to, że w tych samych okolicznościach - w ustroju d**okratycznym - byłoby jeszcze gorsze.

Jak ocenia Pan poziom świadomości wolnorynkowej wśród młodych ludzi?

Oceniam oczywiście nisko. Można się wprawdzie pocieszać faktem, że np. według prof. Hoppe mamy więcej świadomych wolnościowców niż cała UE razem wzięta i że jakkolwiek mało nie czytałoby się w Polsce konserwatywno-libertariańskiej literatury, gdzie indziej nie czyta się jej prawie wcale. Jednak to ciągle stanowczo za mało, by wpływ tych idei na kształt polityki był realny. A przecież jesteśmy spadkobiercami długiej i pełnej chwały wolnościowej tradycji Pierwszej Rzeczpospolitej - szkoda, że zamiast na najlepszych elementach własnej historii wychowujemy nowe pokolenia na zachodnich utopiach i mrzonkach o d**okracji. Co się stało z duchem wolności, z którego Polska przez wieki słynęła?

Młodzi ludzie są przez nas nie bez racji postrzegani jako najbardziej urodzajny fragment elektoratu, strefa najlepszego odbioru idei UPR. Jednak było tak już 20 lat temu, a ówczesna młodzież dzisiaj została mimo to wtłoczona i zasymilowana w machinie liberalno-d**okratycznego reżimu. Ba, nawet aktywni działacze z tamtych lat często wybrali później udział w wyścigu do koryta, zamiast walki o jego likwidację. Trudno tu więc o bezkrytyczny optymizm.

Co doradziłby Pan prezesom Sekcji Młodzieżowych UPR?

Uważam, że nasza działalność musi być długodystansowa, obliczona na lata i skoncentrowana na budowaniu trwałych fundamentów dla przyszłego zwycięstwa, zamiast na okazjonalnych wyborczych zrywach. Już von Mises, von Hayek - że wymienię najbardziej znanych - zauważyli, że bez ugruntowania naszych poglądów (czyli bez krzewienia, np. w publicystyce) możliwe będą tylko chwilowe i przypadkowe zwycięstwa, które nie dadzą się przekuć na trwałą zmianę politycznego kursu. Musimy się więc koncentrować na pracy formacyjnej i edukacyjnej, wszystko musi być podporządkowane krzewieniu idei - nawet za cenę tymczasowego braku zauważalnych awansów wyborczych, do czego akurat już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Wszystkie publiczne wystąpienia, akcje, publikacje muszą po prostu systematycznie przekonywać do naszych racji.

Musimy organizować jak najwięcej widocznych happeningów, spotkań, wykładów czy dyskusji, ale traktować je jedynie jako pretekst do pracy wychowawczej. Trzeba regularnie zapraszać publicystów i ekspertów, wychodzić do liceów, gdzie mamy jeszcze szanse uprzedzić państwową machinę propagandową w wyścigu o umysły młodych ludzi. Wszędzie powinniśmy się przy tym szczycić naszą imponującą bazą intelektualną i popularyzować dokonania myślicieli, jakimi nie może poszczycić się żadna inna formacja - takie nazwiska jak Bastiat, von Mises, von Hayek, Hoppe, Friedman czy Dzielski powinny stać się klasyką nie tylko dla wąskiego grona wtajemniczonych. Trzeba powalczyć o to, by powoływanie się na nich, nie było li tylko ekstrawagancją, ale istotnym, szanowanym argumentem.

Jaki UPR ma być? Widzi Pan partię jako alternatywę ideową i środek na przesuwanie dyskursu politycznego/organizację formacyjną, czy partię wyborczą na kształt "małej platformy"?

Rolą UPR powinno być przesuwanie dyskursu politycznego możliwie najbardziej w prawo. Tylko że, wbrew powszechnym mniemaniom, niekoniecznie musi się to odbywać poprzez znaczące sukcesy wyborcze. Naszym zadaniem jest stworzyć liczący się wolnościowy elektorat, który partie "kartelowe" będą chciały pozyskać i - żeby tego dokonać - będą zmuszone liberalizować swoje własne programy wyborcze. O wygraniu wyborów nie powinniśmy marzyć z wiadomych powodów. A przynajmniej w najbliższej i nieco dalszej przyszłości.

Powinniśmy się starać odgrywać tę rolę, którą w USA pełni Libertarian Party - choć ideowo mocno się akurat od niej różnimy. Mamy dostarczać inspiracji i argumentów prawicowo-liberalnym skrzydłom większych partii i liczyć, że dzięki temu, pośrednio będziemy odzyskiwać po kawałku obszary gospodarki i naszego życia.

*Radzisław Franczak - ma 22 lata. Jest sekretarzem Okręgu Małopolskiego UPR. Był również inicjatorem powstania krakowskiej Sekcji Młodzieżowej (znanej z udziału w programie "Młodzież kontra") i przez ponad 2 lata nią kieruje. Jest przedstawicielem anarchokapitalistycznego nurtu wewnątrz partii.

Źródło:
http://www.mikke.fora.pl/...m-upr,7524.html